O tym jak dopadło mnie wypalenie i kryzys twórczy

Jak i dlaczego dopadły mnie wypalenie i kryzys twórczy? | PODCAST 37

Jeżeli regularnie słuchasz moich podcastów, być może zanotowałeś / zanotowałaś, że III kwartał 2020 roku to była absolutna posucha treściowa w porównaniu z bardzo aktywnym pierwszym półroczem. W tym odcinku chciałbym się nieco emocjonalnie wybebeszyć i opowiedzieć o potężnym kryzysie twórczo – egzystencjalnym jaki mnie dopadł.

Kwartalny zjazd i co dalej? Przesłuchaj odcinek:

Uwaga! Spisana niżej treść jest czym innym niż nagranie. NIE JEST transkrypcją odcinka. Jest jego parafrazą i streszczeniem. W podcaście pozwalam sobie na większą swobodę, więcej porównań, przykładów, przemyśleń. Zachęcam do zapoznania się z dwoma wersjami, bo oba są przygotowane jako odrębne byty, nieco inne i wzajemnie się uzupełniające.

A ten odcinek powstał bo… 

Ten odcinek jest pierwszym z serii (nie wiem jeszcze jak rozbudowanej) podcastów osobisto – relacyjnych (w sensie relacji z żywota, a nie relacji z drugim człowiekiem). To dość mocna zmiana podejścia, bo tworząc blog i podcast na początku zakładałem, że raczej nie będę się odsłaniał jeżeli chodzi o elementy, nazwijmy je, wewnętrzne – dotyczące przemyśleń, przeżyć, emocji i problemów. A zrobił się z tego tygiel niezłego syfu.

Cóż więc się zmieniło?

Przede wszystkim to, że podcast i artykuły ewoluują, a z nimi moje podejście. Nie wiem czy to widać i słychać, ale ja widzę diametralną zmianę w stosunku do pierwszych części. Wraz ze zmianami pojawiają się nowe koncepcje, plany i przemyślenia. I chyba dojrzałem do tego, by przygotować kilka odcinków, w których podzielę się wątpliwościami i perypetiami z bieżącego życia. Oczywiście wszystko pozostaje osadzone w kontekście biznesu i efektywności pracy. Nie będę Cię zadręczał perypetiami prywatnymi.

Wydaje mi się, że warto iść tą ścieżką bo:

  • To forma oczyszczenia i stawienia czoła problemom – inaczej się na sprawy patrzy gdy siedzą w głowie, a inaczej – gdy trzeba je spisać, wyrzucić z siebie i szczerze opowiedzieć. Myślę, że mi to pomoże i zmotywuje do wydajniejszej pracy nad sobą.
  • Ponieważ i słucha i czyta mnie coraz więcej osób, wydaje mi się to być fair wobec odbiorców – by pokazać Ci nie tylko efekty pracy, ale też zaplecze – łącznie z problemami z jakimi muszę się zmierzyć i błędami, które popełniam.
  • Podczas wymiany e-maili i rozmów okazało się, że jestem postrzegany jako osoba wielce poukładana, pracowita, która konsekwentnie zmierza do celu i realizuje zaplanowany plan punkt po punkcie. Fakt życzyłbym sobie być taką osobą, ale niestety tak nie jest i nie chcę utrwalać fałszywego wizerunku. Być może zewnętrzne efekty tego co robię mogą sprawiać takie wrażenie, ale to tym bardziej warto rzucić na nie nieco inny punkt widzenia. Jestem człowiekiem, nie robotem. Człowiekiem, który ma masę wad i odnosi praktycznie porażkę za porażką. Dopadają mnie słabości, odnoszę w cholerę porażek i nie umiem wytrwać we wszystkich postanowieniach. I nie widzę powodów, dla których miałbym te fakty ukrywać. Być może ta forma, w której pokażę jak próbuję te cechy zwalczyć będzie dużo ciekawsza?
  • Twórcy internetowi poruszający się w obszarze firmy / kreatywności / biznesu często opowiadają o swoich sukcesach i zadowoleniu z życia prywatnego (i chwała im za to, bo dają masę pozytywnej inspiracji!). Jeżeli gdzieś im coś nie wychodzi, to zwykle traktują sprawę lekko, marginalnie lub pokazują ją jako trampolinę, która pomogła osiągnąć lepsze efekty. Ja chciałbym nieco odejść od tej konwencji i spróbować czegoś innego, czyli pokazać tu i teraz jak to co mi nie wychodzi, wpływa na bieżąco na moją pracę, relacje ze współpracownikami i stan psychiczny.
  • Kontynuując myśl – całkiem inaczej opowiada się o porażkach na świeżo, gdy zadra jeszcze głęboko siedzi w człowieku, niż traktując je jako formę anegdoty, przywoływanej po miesiącach czy latach.
  • Doszedłem do wniosku, że takie wewnętrzny / prywatny coming out jest równie ważny w kontekście dzielenia się wiedzą (więcej o tym w misji Sardynek), co porady branżowe / zawodowe. Kto wie, może  jest nawet ważniejszy? Czemu? Wydaje mi się, że pomaga odkłamać tę część propagandy wiecznego sukcesu i niezmordowanej pracy, którą wszyscy namiętnie uprawiamy  – czy to relacjonując nasze życie na Facebooku czy Instagramie czy opowiadając o tym jak sobie radzimy w firmie (więcej o tym mówiłem w podcaście nr dotyczącym tego czemu nie można wierzyć internetowym milionerom). Być może to o czym i jak opowiadam okaże się przydatne zwłaszcza, jeżeli też jesteś na zakręcie: masz dość, czujesz, że stoisz w miejscu, nie realizujesz założonych celów, nie chce Ci się, jesteś wypompowany / wypompowana, wszystko za co się zabierzesz „nie idzie”. Pamiętaj, to nie jest tak, że całemu światu dookoła się wszystko udaje, a Tobie jednej / jednemu nie.  Porażki, rezygnowanie z założeń, nieosiąganie celów, okresy bezproduktywności to normalna i naturalna sprawa. Nie ma co się czego wstydzić gdy dopada Cię niemoc. Może ten odcinek i moje przemyślenia w tej kwestii jakoś Cię podbudują, żeby nie cisnąć za wszelką cenę, odpocząć, odpuścić nabrać dystansu?
  • Jeżeli jestem twórcą i myślę o budowaniu marki osobiste w internecie, to dochodzę do takiego momentu, gdy muszę dać coś więcej i opowiedzieć o innych rzeczach, bardziej prywatnych rzeczach, niż tylko przemyśleniach dotyczących prowadzenia firmy. Tak by być bardziej wiarygodnym, bo to pomoże nam nawiązać lepsze, bardziej szczere relacje
  • Nie lubię opowiadać o sobie i swoich uczuciach, a czasem trzeba się zmusić do tego czego się nie lubi robić, bo człowiek emocjonalnie gnuśnieje.

Kiedy to się zaczęło… 

Odkąd w maju 2019 spiąłem poślady i obiecałem sobie, że na serio biorę się za bloga i długi czas udało mi się utrzymywać wysoki poziom efektywności (mimo narodzin pierworodnego i innych obowiązków), to okres od czerwca do sierpnia 2020 roku był Sardynek praktycznie martwy. Jednocześnie był to najgorszy pod względem kreatywności okres mojego życia. Sam zjazd w psychiczny dołek zacząłem odczuwać gdzieś w okolicach marca. Wakacyjne apogeum sprawiło, że dawno nie czułem się tak sfrustrowany i wypluty. I o dziwo, choć w życiu prywatnym wszystko grało, to na poziomie pracy kreatywnej leżało i kwiczało.

Ponadto od stycznia zaliczyłem fatalny spadek formy fizycznej. Przytyłem, zgubiłem kondycję, czuję się coraz gorzej. Mam wrażenie, że wróciłem do lat sprzed uprawiania treningów, kiedy byłem spasionym studenciakiem. Jak przez poprzednie lata udało mi się jako tako w miarę dbać o ruch i zdrowie, to cały 2020 rok jest równią pochyłą. I mimo, że wiem co, jak i kiedy powinienem zrobić, ponieważ czuję się totalnie przemielony, nie miałem chęci by ruszyć temat (zarówno pod względem odżywiania jak i ruchu).

Kiedy to się zmieniło… 

Na nogi postawił mnie dopiero wyjazd w Bieszczady na trzy tygodnie w sierpniu, który tutaj relacjonowałem na Facebooku, który pomógł mi trochę nabrać dystansu i podładować baterie.

Niżej zatem opowiem co nieco o przyczynach, które doprowadziły do tej zawodowo – egzystencjalnej pustki, a także planach dotyczących jak z tego wybrnąć.

W dalszej części artykułu znajdziesz spisane streszczenie odcinka (najważniejsze rzeczy wybrane z podcastu), nagranie w formie mp3 do pobrania na dysk, linki do stron z podcastami, gdzie można go przesłuchać online  i nagranie wraz z prezentacją na YouTube. Szczegóły w spisie treści – sprawdź niżej.

Spis Treści
Zwiń
Rozwiń

Przyczyny

Przyczyn, które doprowadziło do tak drastycznego spadku formy psychicznej i fizycznej było kilka. Najgorsze w nich jest to nie było tak, że występowały osobno jedna po drugiej. Raczej stworzyły system naczyń połączonych, wzajemnie się na siebie wpływały i nawarstwiały. Co ciekawe, nie były to jakieś ciężkie w skutki wydarzenia, typu choroba czy problemy finansowe (finansowo w tym roku stoję nawet lepiej niż w zeszłym). Ot drobne problemy dnia codziennego, które urosły do rangi niebotycznych przeszkód.

„Efekty” przyszły błyskawicznie – spadek nastroju, formy; gorzej mi się myśli, czuję się wiecznie zmęczony, rozdrażniony, poddenerwowany. Cierpi na tym przede wszystkim moje otoczenie i bliscy, praca i na końcu – ja sam.

1. Koniec z prowadzeniem treningów

Pandemia koronawirusa spowodowała, że przestałem prowadzić treningi Krav Maga (więcej o prowadzeniu treningów opowiadam w podcaście 00). A kiedy przestałem prowadzić treningi, to nie miałem bata, który sprawiał, że muszę się przygotować. Jakby organizm skwapliwie skorzystał z zastrzyku błogiego lenistwa. To co na początku było miłą odmianą (bo nie musiałem regularnie, dwa razy w tygodniu jeździć na salę i mogłem wykorzystać wieczór), szybko stało się przekleństwem. Przestałem ćwiczyć i ruszać się w ogóle (łącznie z seriami pompek, które robiłem zawsze trakcie pracy, gdy kończyła się seria Pomodoro).

2. Młody zaczął dokazywać

Pierwsze pół roku pracy w domu z dzieckiem nie było takie złe. Maks w większości spał, leżał w łóżku, trochę pomarudził i popłakał. Dało się przeżyć i dostosować (co nawet widać w działaniach na Sardynach). Wtedy pomyślałem, że „praca w domu z dzieckiem nie jest taka zła”. Wszystko się zmieniło, gdy stał się nieco bardziej mobilny, zaczął siadać i raczkować.

Większości czytelników niczym pewnie oczywiście nie zaskoczę, bo przez epidemię sporo osób musiało zakosztować słodkiego smaku pracy w systemie home office z dzieciakami na podorędziu. Nie zmienia to jednak faktu, że nastała dla nas całkiem nowa rzeczywistość, z którą musieliśmy się zmierzyć.

Maks należy do dzieci, które staruszki zwykły określać mianem „żywego srebra”. Mi bardziej pasuje określenie „kiełkujący mikrodemon wzbogacony atomowym rdzeniem”. Innymi słowy jest bardzo żywym dzieckiem, wszędzie jest go pełno, na wszystko musi się wspiąć, wszystkiego dotknąć i uwielbia zaczepiać rodziców (ruchem i głosem). Ta aktywność bardzo mnie cieszy, bo myślę, że jak już zacznie być bardziej rozumiasty spędzimy razem kilka lat fajnego, aktywnego dzieciństwa. Natura nie znosi jednak próżni, więc z drugiej strony, demonowatość mego pierworodnego, powoduje, że ciężko cokolwiek przy nim zrobić (nawet, kiedy w teorii zajmuje się nim druga osoba).

Co gorsza,  obecnie w nocy budzi się oko 5-6 razy, gwarantując nam regularne pobudki, więc oboje jesteśmy dzień w dzień niedospani, co próbujemy niwelować drzemkami w ciągu dnia, na które możemy sobie pozwolić, kiedy młody idzie na swoją drzemkę (ciężko więc wtedy coś zrobić, choć jest chwila ciszy). Niestety po drzemkach jestem strasznie zamulony i trudno mi się skupić. A to znowu wysysa energię i inicjatywę… Więc robię tylko to, co jest niezbędne.

To powodowało, że nawet jeżeli coś sobie zaplanowałem, to często zamierzenia nie dochodziły do skutku – bo jedyna rzecz, o której marzyłem to żeby choć na chwilę odsapnąć i odpocząć lub zabierałem Maksa i Rohlika na spacer, żeby Ania mogła sobie odpocząć.

3. Praca w domu z dzieckiem

Założyłem sobie, że przetestuję dla potrzeb bloga rok pracy z rocznym dzieckiem w domu (chcę na ten temat  nagrać podcas, że udowodnię sobie i innym, że się da tak pracować), że nie będę wychodził i szukał spokojniejszych miejsc (choć miałem taką możliwość). Po roku wiem, że to był błąd, drugi raz bym się nie na to nie zdecydował. Praca przy małym dziecku wymaga kilkukrotnie więcej energii i skupienia (nawet jeżeli na daną chwilę się nim nie zajmuję) i też dużo szybciej męczy.

Harmonogram, ustalony dzień pracy, lista zadań, cele – to wszystko leży i kwiczy, bo w ciągu dnia trzeba kilkanaście razy się oderwać, by przy czymś pomóc przy dziecku – pracowałem więc w systemie krótkich, eksploatujących zrywów (czego nienawidzę).  Gdy Omen nie spał jedna seria pracy trwała góra 30-40 minut (wcześniej kilka godzin).

Najgorzej było, jak jeszcze mieszkaliśmy w starym mieszkaniu, bo biurko miałem w dużym pokoju, Ania urzędowała z Młodym za moimi plecami – więc nawet jeżeli nie brałem udziału w zabawie, to i tak miałem to ciągle rozpraszało moją uwagę.

4. Przeprowadzka + remont

Tak się nam złożyło, że wraz z epoką poznawania przez Maksa fantastycznych możliwości destrukcji jaką daje siadanie, raczkowanie, wstawanie, krzyk i piski, zaczęliśmy się przeprowadzać (zmieniliśmy mieszkanie na większe). W teorii wszystko było zaplanowane na tip – top; Krzychu – zaprzyjaźniony budowlaniec przygotuje nam mieszkanie, Ania z rodzicami ogarną wykończenia, ja w tym czasie zajmę się Maksem (bo nie cierpię i nie nadaję się do remontów) i w góra 2 tygodnie się przeniesiemy.

Tyle teorii.

Jak doskonale wiadomo – teoria teorią, a życie życiem. Przeprowadzka zajęła nam nieco ponad 2 miesiące, wykończeń było trochę więcej, ja też musiałem pomóc w niektórych kwestiach, w związku z czym czasu było jeszcze mniej, a zmęczenie jeszcze większe.

5. Brak ustalonego harmonogramu

Mimo, że sobie to wielokrotnie obiecywaliśmy, nie ustaliliśmy planu działań i opieki nad dzieckiem – kto, kiedy się Maksem zajmuje. W związku z tym działaliśmy oboje w totalnym chaosie. Chaos potęgował zmęczenie, zmęczenie odbierało chęć do działania i planowana, więc dalej działaliśmy spontanicznie i tak koło się zamykało.

6. Horror jadłospisowy

Mieliśmy mało czasu, byliśmy zmęczeni, więc ucierpiał też nasz jadłospis. Rzadko mieliśmy chęć i czas żeby coś ugotować. Przestaliśmy planować posiłki (wcześniej było tak, że robiliśmy zakupy na 10 dni i planowaliśmy 4-5 posiłków dziennie), i oddaliśmy się żywieniowemu barbaryzmowi: kupowaniu na szybko, dużym porcjom, ale rzadko, brakiem śniadań i częstym zamawianiem na wynos. Więc kiedy dodało się to do zmęczenia, braku ruchu, braku planu – otrzymałem fantastyczny przepis na to jak zohydzić sobie dzień, zanim jeszcze zwlokłem się z łóżka.

Skutki

Zatem jak wyglądało to wypalenie? Jak się objawiało na poziomie psychicznym i w efektach, a w zasadzie braku efektów, pracy?

1. Czułem się maksymalnie wypompowany

Wstawałem rano i byłem zmęczony. Zanim jeszcze cokolwiek zacząłem robić. Zmęczenie i rezygnacja towarzyszyły mi cały dzień. Chciałem się zdrzemnąć po południu – nie umiałem… bo byłem zmęczony. Siadałem przed komputerem i patrzyłem się na ścianę, bo próbowałem się zmobilizować, żeby coś zacząć robić. W głowie miałem pustkę. Zadania w checklistach tylko przeglądałem na kolejny tydzień (przestałem w końcu do nich w ogóle zaglądać).

2. Zapuściłem się jak świnia 

Przytyłem, zgubiłem kondycję. Nie chciało mi się nawet rano golić, goliłem się raz na kilka dni. I  najgorsze w tym jest to, że się źle z tym czułem, nie mogłem patrzeć na pojawiający się powoli drugi podbródek i rosnący brzuch, wiedziałem dokładnie co i jak muszę zrobić i mimo to, byłem tak zmęczony, że nie umiałem się zabrać do treningów.

3. Rozwaliłem harmonogram i większość nawyków

Porzuciłem większość nawyków i rytuałów, nad którymi z taką pieczołowitością od dwóch lat pracowałem. Zrezygnowałem też z ustalonego harmonogramu – pracowałem tylko w systemie gaszenia pożarów i cyklicznych zadań bieżących, które absolutnie trzeba było wykonać. Dzień polegał na zmuszaniu się do obowiązków, które nie mogły czekać, a wiązały się z obsługą moich dwóch klientów (choć i tu redukowałem działania do minimum) i odpisywaniu na pytania współpracowników.

4. Zawiesiłem realizację zleconych elementów

Końcówka 2019 roku była dla mnie bardzo produktywna i efektywna pod względem zaplanowanych działań i kursów na Sardynach, projektów rozwoju Stopnadwadze.pl i profilu MagiczneLata90.pl. Rozpisałem checklisty, rozplanowałem i przydzieliłem zadania do przygotowania. 2020 miał być moim rokiem, tym bardziej, że pandemia spowodowała, że zyskałem sporo dodatkowych godzin w tygodniu.

Wąskim gardłem okazało się to, że to było przygotowane tak jak chciałem, zawiesiło się na etapie mojej akceptacji, poprawek i popchnięcia sprawy dalej. I mimo, że wiedziałem, że zwykle nie zajęłoby mi to w przypadku jednego zadania więcej niż 5 minut, to nie umiałem się zmusić, by to ruszyć. Tak te zadania wiszą w niebycie, czekając, aż je odkopię i się za nie zabiorę.

5. Przestałem nagrywać podcasty

Tego nie trzeba tłumaczyć. W tym okresie dałem radę nagrać tylko jeden podcast, mimo, że obiecywałem sobie, że plan minimum to dwa odcinki (docelowo 3-4) na miesiąc.

6. Uśmierciłem fanpage

Na fanpage’u Sardynek brakuje tylko takiej kolczastej kuli z amerykańskiej prerii (podobno się to nazywa Biegacz), która przetacza się z jednego końca na drugi. To było dla mnie najważniejsze zadanie na rok 2020 – rozbujać profil, zrobić dobrą podkładkę pod założenie grup i Instagram. Efekty,jak widać, żałosne. Wystarczy wejść i przescrollować.

7. Zmarnowałem potencjał i zaangażowanie współpracowników

To jest rzecz, której absolutnie nie umiem sobie wybaczyć. Przez zawieszenie projektów zmarnowałem zaangażowanie i pracę współpracowników i współautorów bloga – przede wszystkim Przema, który mi pomaga ogarnąć większość rzeczy i solidnie się przyłożył między innymi do stworzenia podstaw kursów, które chcę wdrożyć, Michała (który przygotowywał kalkulatory i tabele, których nie uruchomiliśmy) i Jurasa, który przygotował wzory dokumentów do wykorzystania dla małej firmy (Jurka możesz usłyszeć w podcastach nr 23 o tym jak wdrożyć RODO w małej firmie i 22 dotyczącym pozwu o niezapłaconą fakturę, A Michała w podcaście 15 – o tym jak wygląda założenie firmy po 8 latach pracy na etacie. O całej naszej ekipie przeczytasz w zakładce o blogu).

Chłopaki włożyli dużo pracy, przygotowali rzeczy tak jak ich prosiłem i niestety te wiszą zawieszone w próżni, a oni się frustrują – bo ciężko się naharowali, a efekty pracy czekają na publikacje i nic z tym nie robimy. Tamuje je  mój proces decyzyjny (a ja nawet nie miałem siły i ochoty spisać nowych procedur i delegować części obowiązków). Mogą mieć wrażenie, że ich trudna praca poszła w piach. I jest to wyłącznie moja i tylko moja wina. Będę musiał się skupić na tym, by ich przeprosić, jak najszybciej to odkręcić i ruszyć z rzeczami, które przygotowali.

No i co dalej?

Nic szczególnego. Nic rewolucyjnego. Liczę, że koniec września i początek października będą pod tym względem przełomowe. Wracam do taktyki małych kroków. Wyjazd pomógł mi odzyskać równowagę. Sprawy przeprowadzkowo – remontowe już się zakończyły. Maks wyrusza na poszukiwanie nowych przygód do żłobka. Urządziłem się w pokoju na górze, więc łatwiej mi się odciąć nawet jeżeli na dole trwają harce, hulanki i swawole.

Za swoją najmocniejszą (jedną z niewielu pozytywnych) cechę uważam uparte powracanie do raz obranej ścieżki, choćbym po drodze odpuszczał kilkukrotnie. Coś jak taki żuczek co niepowstrzymanie toczy przed sobą kulkę gnoju, choćby Sławojka znajdowała się za widnokręgiem to on będzie do niej szedł i szedł. Widać promyk nadziei, bo  dnia na dzień udaje mi się powoli wskoczyć na doskonale znane tory. Nie ma tu żadnych rewolucyjnych kroków, raczej drobne, niewielkie zmiany:

  1. Omen śmiga od września do żłobka. Mam nadzieję, że okres przygotowawczy przejdzie w miarę bezboleśnie, więc powoli będę miał coraz więcej czasu w dzień. I będziemy mogli się oprzeć o znany, regularny, powtarzalny harmonogram, który znów pozwoli mi na powrót do nawyków (bo przewidywalność i powtarzalność były rzeczami, których brakowało mi najbardziej).
  2. Na wyjeździe spisałem szkice 6 nowych podcastów i poukładałem sobie przemyślenia dotyczące kursów (na Sardynach i Stopnadwadze.pl) – powoli zaczynam te rzeczy uruchamiać.
  3. Rozplanowałem sobie działania z Magicznymi – rozpisałem plan założenia Patronite, nowych grup Facebookowych i (przede wszystkim) delegowania większości rzeczy jeżeli te dwie rzeczy wypalą.
  4. Priorytetowo odkopuję wszystkie zlecone rzeczy dla współpracowników – i każdego dnia jest to pierwsza rzecz, za jaką się zabieram. Górka uzbierała się spora, ale powoli, konsekwentnie udaje się z tego wygrzebać.
  5. Wykonałem telefony / rozmowy / e-maile ze współpracownikami przy wspólnych projektach (na Sardynach i Stopnadwadze.pl), w których wyjaśniłem powody absencji, ustaliliśmy plan działania i od września go realizujemy (oczywiście o postępach będę informował).
  6. Wracam do wypracowanych nawyków przy pracy (o dziwo, idzie to zaskakująco dobrze), o których opowiadałem w podcaście 29. Jeżeli chcielibyście więcej wyglądać jak praktycznie u mnie wyglądają – daj znać!
  7. Udało nam się wrócić do spisywania jadłospisu i trzymania się listy zakupów (odstawienia cukru przede wszystkim i tłustego żarcia).
  8. Spiąłem poślady i wziąłem się za porządki: skrzynek e-mailowych i list zadań. W dwa dni wszystko już udało się uporządkować.
  9. Ustaliliśmy z Anią zasady i podział obowiązków nad dzieckiem, tak, bym mógł się eksportować na górę i w spokoju popracować (po przeprowadzce to olbrzymi plus, bo mam pokój dla siebie, a młody szatanuje na dole).
  10. Wróciłem do serii krótkich treningów siłowych, które robię w przerwie Tomato Timera w trakcie pracy.
  11. We wrześniu wracam do swoich siłowych treningów Kettlebell i biegania – skoro Maks pójdzie do żłobka, łatwo mi będzie zbudować nawyk oparty o wyzwalacz w postaci stałego momentu dnia.
  12. Planuję w październiku wrócić na indywidualne treningi Muai Thai raz w tygodniu (po przeszło półtorej roku, trzymajcie kciuki).
  13. Od września ruszamy z indywidualnymi treningami Krav Maga (co prawda z klubu odszedłem, ale mam tam dalej dobrych kumpli, więc chcemy się posoptykać i potrenować razem – z Przemem i Hanysem, którego możecie znać z podcastu 27 – Pierwsze kroki w zawodzie trenera).
  14. Jeżeli uda mi się okrzepnąć w planach treningowych, zobaczę jak idzie Młodemu w żłobku, chciałbym jeszcze wskoczyć od października / listopada na ranne zajęcia Brazylijskiego Jiu-Jitsu w Chorzowie – ale to uzależniam od faktu, jak sobie zorganizuję cały tydzień i jak to czasowo będzie wyglądać.

O tym jak zmiany pójdą oczywiście na bieżąco będę raportował.

Podcasty i strony wymienienione w tym artykule:

Pobierz podcast w mp3:

Pobierz odcinek 37 Podcastu

Gdzie słuchać moich podcastów?

Gdzie znajdziesz więcej materiałów z Sardynek?

Zostaw ślad i komentarz

Jeżeli mrok mojej pracy zawodowej chcesz rozświetlić promyczkiem nadziei, zostaw komentarz i daj znać jak podoba Ci się takie otwarcie i czy chcesz więcej podobnych treści – nie związanych z dzieleniem się wiedzą czy pomysłami, lecz wewnętrznymi perypetiami. Jeżeli również dopadł Cię kryzys – napisz czym się objawiał i jak sobie z nim poradziłeś / poradziłaś.

Podobał Ci się ten artykuł?

Zapisz się do newslettera, otrzymuj informacje o nowych artykułach, odbierz dostęp do ponad 60 wzorów dokumentów, szablonów, grafik i Exceli.

Dodatkowy zasiłek opiekuńczy od 1 września 2020 - wzór oświadczenia do uzupełnienia Następny artykuł
Dodatkowy zasiłek opiekuńczy od 1 września 2020 - wzór oświadczenia do uzupełnienia
Jaki program do komunikacji z zespołem małej firmie? 6 darmowych propozycji Poprzedni artykuł
Jaki program do komunikacji z zespołem małej firmie? 6 darmowych propozycji
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments