Podwyżka płacy minimalnej – czy naprawdę będziemy więcej zarabiać?

Podwyżka płacy minimalnej – czy naprawdę będziemy więcej zarabiać?

W związku ze zbliżającymi się wyborami wiele partii radośnie zapowiedziało wzrost pensji minimalnej. Licytacja „kto da więcej” trwa, suweren się cieszy. Wszak dzięki temu gospodarka ruszy z kopyta, a my wszyscy będziemy zarabiali więcej. Skąd zatem pełne oburzenia głosy przedsiębiorców i ekonomistów?

Na początku tekstu zachęcam Was do zapoznania się z dwoma materiałami: tekstem Macieja Samcika, pełnego wyśmienitych wyliczeń jak płaca minimalna wpłynie na polską gospodarkę oraz felietonem Tomasza Wróblewskiego, który znajdziecie niżej:


A ponieważ dyskusja dotycząca podwyżek płacy minimalnej nieco przycichła, mogłem ochłonąć i na spacerach z psem przemyśleć sobie temat, podzielę się również sowimi przemyśleniami.

 

Postaram się odpowiedzieć na pytanie – czy naprawdę warto się cieszyć z tego, że planowane są gigantyczne podwyżki płacy minimalnej w nadchodzących latach? Czy to rozbuja gospodarkę? Czy faktycznie wszyscy będziemy więcej zarabiać?

Spis Treści
Zwiń
Rozwiń

„A mnie się ten pomysł podoba”

W programach informacyjnych, które czasem z sadomasochistycznej ciekawości oglądam, najczęstsze komentarze, dotyczące planowanych podwyżek płacy minimalnej, jakie można usłyszeć od przypadkowego przechodnia przepytanego przed kamerą, brzmią:

  • W końcu ktoś się o nas zatroszczył
  • Będziemy więcej zarabiać
  • To napędzi gospodarkę – bo jak jest więcej pieniędzy, to można więcej kupić
  • Jak kogoś nie stać na podwyżki, niech nie zakłada firmy
  • Nie damy się wyzyskiwać zachodnim firmom

Pamięć ludzka bywa zawodna. Polacy już kiedyś byli milionerami. I to całkiem niedawno.

Wyglądało to tak:

Choć urodziłem się w roku 1986, to pamiętam końcówkę tych szalonych, inflacyjnych czasów. Utkwiło mi w pamięci, że paczka chipsów kosztowała 10 000 złotych. Dla mnie to forma wspomnieniowej ciekawostki. Dla osób ode mnie starszych powinna to być smutna przestroga przed powtórką z rozrywki. Dalibóg, przecież muszą pamiętać, ile warte były te miliony. Dlaczego więc nie pamiętają?

Jeżeli ktoś mówi o tym, że dzięki podwyżce pensji minimalnej wszyscy będziemy więcej zarabiać, warto przypomnieć, że w gospodarce rynkowej nie chodzi o to, ile masz pieniędzy w portfelu i jak wysokie są to nominały.

Ważne jest to, ile za to co zarabiasz, jesteś w stanie kupić.

Co z tego, że będę miał 4500 zł w portfelu, skoro bochenek chleba będzie kosztował 35 zł?

Czy wzrost pensji minimalnej wpłynie na konkurencyjność polskiej gospodarki?

 

W  przedwyborczych wypowiedziach polityków można się spotkać z ocenami, że wzrost pensji minimalnej wpłynie na konkurencyjność i innowacyjność polskiej gospodarki. Że czas skończyć z łatką Polski jako montowni Europy i stać się tym, na czym Polska stać się powinna: środkowoeuropejskim tygrysem przedsiębiorczości, będącym (jak to zawsze w historii bywało)

Politycy opowiadają o tym, że polskiego pracownika nie można ciągle wyzyskiwać, że czas podnieść głowę, że polscy pracownicy muszą zarabiać tyle, ile ich koledzy na Zachodzie.

A wiecie, kto doprowadził do tego, że właśnie tak się  tego szarego, polskiego pracownika traktuje? Ci sami politycy.

Klasycznie: rząd walczy z problemami, które sam stworzył. Bo to, że Polska jest montownią Europy wynika z konsekwentnie prowadzonej przez 30 lat polityki gospodarczej, polegającej na nieograniczonym rozwoju systemu fiskalno-podatkowego, wzrostu danin i podatków, produkcji tysięcy niezrozumiałych, niepotrzebnych nikomu aktów prawnych i tworzeniu nieprzychylnego środowiska dla rodzimego kapitału.

Apogeum takiej strategii zdaje się zbliżać w związku z nadchodzącymi wyborami – a kolejne zapowiedzi zmian w prawie podatkowym są coraz gorsze.

Na to czy w danym kraju warto inwestować ma wpływ klika rzeczy, wśród nich można wymienić:

  • Niskie koszty pracy
  • Niskie, proste podatki
  • Pewność, przewidywalność, przejrzystość, prostotę i stabilność prawa (o tym niżej)
  • Rozwiniętą infrastrukturę
  • Wyszkolonych i wyedukowanych pracowników
  • Sprawny, szybki w decyzjach i przyjazny biznesowi aparat urzędniczo – sądowy
  • Zaplecze technologiczne i know-how
  • Obecność znanych, globalnych marek

I to co napiszę, może się komuś nie spodobać, ale niestety tak to działa: obecnie, siłą polskiej gospodarki są przede wszystkim niskie koszty pracy. Wzrost PKB jest skorelowany z tym, że polskiemu pracownikowi za tę samą pracę płaci się mniej niż zachodniemu. Jeżeli dołożymy do tego benefity podatkowe jakie na wiele lat otrzymują wielkie korporacje – otrzymamy odpowiedź dlaczego tak chętnie powstają u nas nowe fabryki (montownie).

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że siłą Polskiej gospodarki jest to, że dostarczamy jednych z najlepszych specjalistów na świecie. I dlatego warto u nas inwestować. Moje pytanie brzmi – gdzie ci fachowcy się wykształcili? Na politechnikach i uniwersytetach, które notorycznie, od lat, nie łapią się nawet do pierwszej pięćsetki światowych rankingów wyższych uczelni?

Skoro mamy takie tęgie głowy, to ile znacie silnych, globalnych, polskich marek? Tylko takich, które działają w branży technologii, przemysłu lub samochodowej, a nie eksportują jabłka, produkują gry komputerowe, kosmetyki lub okna?

I żeby była jasność: ja z nikogo nie szydzę, nie kpię. Cieszę, się, podziwiam i jestem dumny, że są branże, gdzie Polacy potrafią zbudować solidne, działające na całym świecie, przynoszące zyski i rozwijające się firmy.

Chcę jednak zwrócić uwagę na to, że jeżeli wszystkim polskim firmom (małym, średnim, dużym, mikro) nie stworzy się przyjaznego środowiska do prowadzenia biznesu, nie pomoże im się tak, jak pomaga się zachodnim koncernom (choćby w ulgach podatkowych), to niestety, ale pozostanie nam wyłącznie rola zaplecza technologicznego dla innych. A to w dłuższej perspektywie odbije się czkawką.

Bo, mimo dobrego wyniku i wzrostu PKB, bez własnego know-how o globalnym zasięgu, pozostanie nam rola gospodarczego pariasa. Na arenie międzynarodowej liczą się te państwa, które mają silną gospodarkę.Liczą się tylko takie państwa, które eksportują, a nie importują technologie. I tylko takie kraje są bardziej odporne na różne zawirowania polityczno-społeczno-gospodarcze.

I nie oznacza to, że chcę, żeby te korporacje z Polski wyrzucać, a fabryki zamykać (pewnie w głowie niejednego polityka roi się myśl o ich upaństwowieniu). Chciałbym tylko, by rodzime firmy mogły działać na takich samych, a kto wie, może nawet lepszych warunkach.

Jeżeli polski przedsiębiorca nie poczuje, że państwo zostawi mu jego pieniądze i pozwoli je swobodnie inwestować, że jest ważnym ogniwem, że docenia się jego pracę, trud i wysiłek, że państwo jeżeli mu nie pomaga, to chociaż nie przeszkadza, że państwo nie zabiera owoców jego pracy, to bardzo mi przykro, ale nasza gospodarka nigdy nie będzie ani innowacyjna, ani konkurencyjna.

I przenigdy nie uda się tego zmienić żadną ustawą. Choćby była to najlepiej napisany i najbardziej sprawiedliwy społecznie akt prawny na świecie.

Cel: zgnoić prywaciarza

Z niepokojem śledzę powracającą narrację polityków dotyczącą przedsiębiorców. Wspominałem już o tym we wpisie dotyczącym składek ZUS – właściciele firm są przedstawiani jako kolejna kasta społeczna, stojąca na drodze do ogólnonarodowego dobrobytu.

Przekaz wygląda tak: politycy chcą, żeby naród zarabiał więcej, ale przeszkadza w tym rzesza kapitalistycznych krwiopijców, która gromadzi pieniądze, szydząc z biedy i nieporadności ludu pracującego. Jest wróg, jest cel, jest kogo obarczyć winą.

Przypominam, że taka nomenklatura już była w Polsce używana przez prawie 50 lat.

Z jakim efektem?

A no takim, że to Polacy ciągle wyjeżdżają na Zachód szukać pracy, a nie odwrotnie. To zachodnie firmy montują w Polsce swoje samochody, a nie odwrotnie. To Polscy pracownicy IT świadczą telefoniczną pomoc dla klientów zachodnich firm, a nie odwrotnie.

Warto w tym miejscu przypomnieć materiał z Wiadomości z roku 1989, w którym pytano Polaków o to czym jest przedsiębiorczość. Boję się, że rozdmuchiwyanie programów socjalnych i uzależnienie ludzi od państwowej pomocy raz kolejny wychowuje ludzi i podobnej świadomości ekonomicznej:


W państwie, które jest w czołówce ogólnoświatowego prawniczego galimatiasu, gdzie urzędy mogą wydawać sprzeczne ze sobą decyzje prawne i obie pozostają w mocy (!), gdzie składki ZUS rosną jak dzikie, bez względu na to czy firma zarabia czy nie, gdzie progi podatkowe były ustalone o widzimisię autorów ustawy (i dalej są niezmienione),  gdzie kwota wolna od podatku jest jedną z najniższych na świecie i nie była podnoszona od 10 lat, powiedzenie komuś, że jeżeli Cię nie stać to zamknij firmę  jest jak splunięcie w twarz.

A niestety, takie publiczne deklaracje polityków padły. I są to zatrważające słowa.

Zadziwiające z jakim prostym schematem myślowym tu mamy do czynienia: skoro firma jest w stanie wypracować zysk, lwią jego część powinna oddać państwu w podatkach. To oczywiste i naturalne.

Zapytam przewrotnie: jeżeli wszyscy ci wzgardzeni przedsiębiorcy, którzy prowadzą firmy, nagle je zamkną, to kto będzie finansował te wszystkie gospodarcze, polityczne aberracje?

Tak wiem, politycy dadzą sobie radę. Jak mawiał klasyk „rząd wyżywi się sam”. Ale co z resztą społeczeństwa?

Jak można mówić o tym, że wspiera się biznes, jednocześnie zamrażając kwotę wolną od podatku, likwidując 30-krotność składek ZUS, podnosząc bez patrzenia na koszty, pensję minimalną? 

Państwo, żeby komuś dać pieniądze, musi je komuś zabrać. A zabierze tej grupie społecznej, której nie bronią związki zawodowe, która nie będzie palić opon przed sejmem, która nie ma realnie żadnej możliwości wywarcia nacisku. Grupie, która mimo 30 lat  istnienia w Polsce gospodarki rynkowej jest pogardzana i uważana za zło konieczne, które państwo łaskawie może tolerować.

Zabierze je grupie, którą w razie niepowodzenia własnej polityki obarczy winą za zaistniałą sytuację, na którą poszczuje resztę społeczeństwa.

A tą grupą jest ponad 1,5 miliona polskich przedsiębiorców.

Pierwsze przykazanie gospodarcze – pewność prawa

W prowadzeniu biznesu oprócz stricte mierzalnych efektów, jest istotne coś co nazwałbym czynnikiem prawno – socjologicznym. By inwestować, tworzyć miejsca pracy, podnosić płace właściciel firmy musi być pewien o spokój prawny przedsiębiorstwa. Musi wiedzieć, że prawo jest jasne, łatwe w interpretacji, a sądy szybkie w decyzjach. Że prawo go ochroni. Że razie potrzeby, dzięki sprawnemu sądownictwu, państwo pomoże odzyskać należne pieniądze. Że, jeżeli pojawią się wątpliwości interpretacyjne, to prawo stanie po jego stronie. Że państwo ochroni jego i jego biznes – tak, by mógł się skupić na rozwoju firmy, a nie musiał drżeć przed każdą podjętą decyzją, bo nie wie jak zostanie zinterpretowana przez urzędnika.

Właściciel firmy musi być pewien, że nie pojawi się nagle ustawa, która anuluje wcześniejszy akt prawny i każde mu zapłacić zaległe składki 5 lat wstecz, których jeszcze dzień wcześniej płacić nie musiał.

Pewność, przewidywalność, niezmienność i jasność prawa to podstawa solidnej, sprawnie działającej gospodarki.

Im więcej czasu właściciel będzie poświęcał na użeranie się z machiną urzędniczą, im więcej pieniędzy będzie wydawał na doradców podatkowych, radców prawnych, którzy mu w tej walce muszą pomóc – tym mniej czasu będzie miał na rozwój firmy.

A jeżeli firma się nie rozwija, nie zyskuje klientów, nie wprowadza nowych usług lub produktów, nie tworzy nowych miejsc pracy, nie zwiększa obrotów i zysków, to jak ma płacić więcej pracownikom?

Znieść ubóstwo ustawą!

„Znieść ubóstwo ustawą” to dość często powtarzany żart, dotyczący propozycji politycznych. Rzeczywistość niestety nie jest tak prosta, że jeden sejmowy dekret może rozwiązać problemy milionów ludzi. Ustawa ustawą,  a życie życiem.

Jeżeli ustawy regulowałby kwestie pensji i działania gospodarki, Wenezuela byłaby obecnie najpotężniejszych i najszybciej rozwijającym się krajem świata. A jakoś nie jest.

Przy okazji, jeżeli chcielibyście widzieć jak działa realny socjalizm w XXI wieku, jak państwo, które posiada największe złoża ropy na świecie, zostało doprowadzone do bankructwa, polecam Wam serię materiałów z kanału Ciekawehistorie (składa się z trzech części):

A jak wygląda życie w socjalistycznym raju, dowiecie się z kanału Bez Planu.Wrzucam ku przestrodze.

Przy okazji, wiecie, że w Wenezueli też podnosili pensję minimalną? Jak widać na filmach (więcej reportaży z Wenezueli znajdziecie na kanale Bez Planu) skutek wprowadzania dobrobytu i regulowania gospodarki za pomocą ustaw – przynosi efekt dość mizerny: ludzie są upodleni, umierają z braku lekarstw i z głodu zjadają zwierzęta z ZOO.

Podobnie jak ze zniesieniem ubóstwa, ustawą nie da się ustanowić płacy minimalnej.

Wyższe płace biorą się z wyższej wydajności pracowników, rozwoju firm, wdrażania nowych technologii, produkowania dóbr i usług, które są pożądane na całym świecie. Każda złotówka związana z obciążeniami podatkowymi powoduje, że proces tworzenia konkurencyjności się wydłuża. Firmy zamiast inwestować pieniądze, muszą oddawać je państwu. Które je przejada i marnuje. Bo nie ma państwa i modelu gospodarczego, który wie lepiej od ludzi jak wydawać ich własne pieniądze.

Jeżeli firma się nie rozwija, nie wprowadza innowacji, to nie szkoli i nie poszukuje bardziej wykwalifikowanych pracowników. Jeżeli nie ma takiego zapotrzebowania na rynku – pracownicy również nie czują potrzeby zdobywania nowych, twardych umiejętności. Pozostają w swej bańce niskich kwalifikacji.

A tu zależność jest bardzo prosta – im niższe kwalifikacje pracownika, tym niższa pensja. I znów, żadna ustawa tego nie zmieni.

Przed wyborami partie każdej maści podają różne propozycje dotyczące wzrostu pensji minimalnej. Licytują się, kto da więcej.

Żadna z opcji politycznych nie podała twardych danych, wyliczeń, z których wynika dlaczego według ich propozycji pensja ma wynosić tyle i tyle.

Nieco przewrotnie zapytam: skoro to taka wolna amerykanka, to czemu, mamy się ograniczać? Czemu dać ludziom tylko 4000 zł? Nie prościej byłoby ustalić kwotę pensji minimalnej na poziomie 10 000 zł? Przecież nie jesteśmy związani żadnymi wskaźnikami gospodarczymi, a ludzie dostaną więcej! Więcej będą mogli sobie kupić. A skoro więcej kupią to jeszcze bardziej napędzą gospodarkę. A skoro napędzą gospodarkę, będzie im można płacić jeszcze więcej i ustalić jeszcze wyższą pensję minimalną. Na przykład na poziomie 20 000 zł!

Przecież to jest proste, nawet dziecko to zrozumie: lepiej niż 2000 / 4000 / 6000 zł lepiej zarabiać dwa, trzy razy tyle?

Słyszysz ten pełen grozy rechot? To inflacja

Firmy, by dostosować się do nowych realiów, jakoś będą się musiały ratować swoje budżety. W celu podniesienia pensji, niezbędne będzie podjęcie radykalnych działań.

Konieczność ta uderzy w większość przedsiębiorstw – również tych, w których pracują osoby zarabiające więcej niż pensja minimalna (o tym niżej w rozdziale Pułapka średniego rozwoju).

Gdzie firmy będą szukać pieniędzy na podwyżki?

Z jednej strony będą redukować etaty, łączyć stanowiska, mniej inwestować, szukać oszczędności. Z drugiej strony, przyparte do muru, zrobią to, co zrobić najłatwiej – podniosą ceny za usługi.

Lawina ruszy. Będzie to skutkowało kolejnymi wzrostami cen, tak by łańcuch dostawca – odbiorca mógł sprostać oczekiwaniom rynku. Spirala zacznie się nakręcać. Wszyscy będą zarabiać coraz więcej, ale ceny też będą rosnąć coraz szybciej. Może się zdarzyć tak, że ceny będą rosły szybciej niż zarobki. Problem gotowy.

Szalony wzrost płacy minimalnej może napędzić galopującą inflację. Co w połączeniu ze zbliżającym się kryzysem i osłabieniem złotówki sprawi, że ludzie szybko zatęsknią za czasami, gdzie pensje minimalne były co prawda niższe, ale przynajmniej litr paliwa nie kosztował 40 zł.

Szybka edukacja społeczeństwa

W przypadku niekontrolowanego wzrostu inflacji są i pozytywy. Proces ten szybko naprawi luki w edukacji ekonomicznej Polaków, której poniekąd, z racji uczęszczania do państwowych szkół, wszyscy jesteśmy ofiarami.

Wszystko za sztandarowego programu wsparcia rodziny.

Beneficjenci programu 500 +, który NIE JEST WALORYZOWANY o współczynnik inflacji, bardzo szybko zdadzą sobie sprawę, jak podniesienie stawek pensji minimalnej, zabije siłę nabywczą pieniądza.

Choć pewnie politycy winą obciążą i tak uwarunkowania zewnętrzne lub… przedsiębiorców.

Mogą sobie na to pozwolić. Wszak plan rozwoju gospodarki większości polskich partii wygląda tak:


W końcu politycy zawsze obiecują ludziom pieniądze nie ze swojej kieszeni (rząd nie ma własnych pieniędzy), ale z kieszeni innych, ciężko pracujących obywateli. I to jest największy cynizm i hipokryzja. A jeżeli coś pójdzie nie tak, to najwyżej się powie: ludu złoty pracujący, my chcieliśmy wam dać te pieniądze, ale opór prywaciarzy sprawił, że się nie dało. Dlatego za te 500 + dzisiaj możecie sobie kupić co najwyżej waciki. 

BUM! Pułapka średniego rozwoju

To co mnie najbardziej niepokoi w głoszonych propozycjach, to pogłębianie pułapki średniego rozwoju, która od lat jest piętą achillesową polskiego rynku pracy. I gwałtowne, oderwane od rzeczywistości gospodarczej zmiany pensji minimalnej tylko tę zapaść powiększą. Paradoksalnie, niekontrolowany wzrost pensji minimalnej, może zadziałać jako hamulec dotyczący wzrostu zarobków pracowników o dłuższym stażu, kwalifikacjach i doświadczeniu.

Gwałtowny wzrost pensji minimalnej oznacza gwałtowny wzrost oczekiwań płacowych wszystkich pracowników i grup społecznych. Schemat działania jest bardzo prosty – im więcej trzeba zapłacić słabiej j wykwalifikowanym osobom, tym wyżej płacowo należy docenić tych, którzy szczycą się większym stażem pracy lub wyższymi umiejętnościami. Roszczenia dotyczące wzrostu pensji mogą dotyczyć niezwiązanych z sobą branż.

Nastąpi zmniejszenie różnicy płac, gdzie osoby gorzej wykwalifikowane zbliżą się do osób pracujących dłużej i posiadających większe kompetencje.

Wyobraźmy sobie sytuację, gdy kasjerka na kasie i położna w szpitalu zarabiają tyle samo. Nie chodzi mi o negowanie pracy kasjerki (bardzo pożyteczny, ważny i niezbędny zawód) – ale zakres obowiązków i odpowiedzialność. Dlaczego ktoś, kto jest odpowiedzialny za ludzkie życie ma otrzymywać taką samą pensję jak osoba, która kasuje towary? Bardzo szybko pojawią się (słuszne w mojej ocenie) postulaty o zmianę takiego stanu rzeczy.

Podobne roszczenia pojawią się błyskawicznie w większości firm. Skoro inni zarabiają dużo, potrafią mniej od nas, to my też chcemy zarabiać 2 x więcej.

Ucierpią pracownicy z dużym stażem: na skutek podwyżek, pracodawcy będą zmuszeni redukować ścieżkę awansów. Może to rodzić frustrację i spadek efektywności pracy: po co się starać, rozwijać, skoro szanse na wzrost pensji są minimalne?

Wyobraźmy sobie sytuację: w firmie jest pracownik, który pracuje 5 lat, kilka razy awansował i obecnie otrzymuje pensję wysokości 3200 zł netto. Przychodzi nowy pracownik, bez doświadczenia i na START otrzymuje pensję 2900 zł netto. Do tego pracownik z dłuższym stażem wie, że w najbliższej perspektywie nie ma szansy na podwyżkę. Jak będzie jego reakcja? Jak ma zareagować szef?

Kto jest głównym beneficjentem wzrostu płacy minimalnej?

Na wzroście pensji minimalnej, najwięcej zyskają nie pracownicy, lecz rząd. Każda podwyżka pensji brutto, to wzrost obciążeń dla pracodawcy, w postaci konieczności odprowadzenia wyższych składek i podatków (oprócz pensji brutto, pracodawca musi odpalić dolę dla rządu). A to oznacza więcej pieniędzy w budżecie. I dodatkowy bonus w postaci inflacji, która tak naprawdę jest kolejnym, ukrytym podatkiem.

Jak zareagują firmy na wzrost pensji minimalnej?

Odpowiedź jest smutna: zareagują jak zawsze. Już to przerabialiśmy. Część podniesie ceny. Część (niestety) zostanie zamknięta. Część zredukuje liczbę etatów. Cześć zacznie szukać oszczędności, rezygnując z rzeczy, które nie są niezbędne – takich jak rozwój i inwestycje. Częściowo może powrócić szara strefa. Część pracowników może zostać wypchniętych na własne działalności gospodarcze (a to dla mnie błąd – ludzie powinni zakładać firmy bo chcą, po czują taką potrzebę, a nie dlatego, że wybierają mniejsze zło i są do tego zmuszani).

Przedsiębiorcy znów zamiast myśleć o tym jak rozwijać firmy i ulepszać produkty, będą myśleć o tym, jak obejść prawo, by ponosić jak najmniejsze daniny.

I jak zawsze dadzą sobie radę. Bo nie mają innego wyjścia. Tylko, że efekty też będą takie jak zawsze.

To jak pomóc wszystkim?

Wiadomo, najłatwiej krytykować. Ktoś mógłby mi zadać pytanie, jak rozwiązać te wszystkie problemy? Rozwiązań może być wiele (uproszczenie prawa, fakultatywny ZUS, jednolity VAT), ale to raczej temat na opasłe tomiszcze godne doktryny ekonomicznej, a nie artykuł na blog.

Warto by jednak zacząć od oczywistej rzeczy, która jest postulowana przez różne środowiska ekonomiczne od lat – a więc od zdecydowanego zwiększenia kwoty wolnej od podatku i podnoszenia jej co roku podobnie jak pensji minimalnej.

Ja na start proponuję kwotę analogiczną do tej, jaką mają posłowie, czyli 30 451 zł (trzydzieści tysięcy czterysta pięćdziesiąt jeden złotych).

W obecnym systemie prawnym to najprostsze, łatwe do wdrożenia  rozwiązanie, które realnie przysłuży się wszystkim: i przedsiębiorcom i pracownikom – również tym najmniej zarabiającym. Wyśle też w kierunku biznesu jasny sygnał: przedsiębiorco, że Państwo wspiera rozwój małych firm.

Bo na razie zanosi się na to, że Polska może stać się jedynym krajem na świecie, gdzie kwota wolna od podatku będzie niższa niż pensja minimalna.

I na koniec…

Ktoś po lekturze tego artykułu, mógłby odnieść wrażenie, że jestem zwolennikiem likwidacji pensji minimalnej i wierzę w magiczną rękę wolnego rynku. Otóż nie tym razem. Uważam, że pensja minimalna jest w Polsce potrzebna, chroni słabszych, biedniejszych, mniej zaradnych pracowników i powinna regularnie wzrastać.

Uważam jednocześnie, że powinna być jasno skorelowana ze wskaźnikami gospodarczymi i oparta na twardych, mierzalnych danych. Nie może być tak, że w związku z wyborami zaczyna się koncert życzeń i ujadanie „kto da więcej”.

Tak jak wspominałem w tekście o obniżce składek ZUS – w mojej ocenie największą bolączką polskiej polityki gospodarczej jest to, że ona nie sprzyja rozwojowi małego i średniego biznesu. Są ułatwienia dotyczące założenia firm, pojawią się ułatwienia (i to bardzo dobrze) dotyczące najmniej zarabiających, natomiast Państwo nie daje wsparcia przedsiębiorcom, którzy „chcą zrobić coś więcej”. Tak jakby istniał niewidzialny hamulec dla tych, tłamszący myśl przedsiębiorczą, zrównujący wszystkich do tego samego, niskiego poziomu.

Mimo to, podobnie – tak jak mówiłem w podcaście o założeniu firmy – uważam, że dalej w Polsce warto prowadzić małą działalność gospodarczą. Że nie jest źle. Że przez lata (zwłaszcza jak weszliśmy do Unii), bardzo dużo się zmieniło na plus. Ale jednocześnie mogłoby być, dużo, dużo lepiej. Moglibyśmy zarabiać dużo więcej.  W Polakach tkwi olbrzymi potencjał, jesteśmy narodem bardzo zaradnym i przedsiębiorczym. I gdyby tylko ustawodawca chciał tę siłę uwolnić, w kilkanaście lat mamy na Wisłą drugą Malezję. Z wzrostem gospodarczym ocierającym się o granice 8-10% PKB.

Bo póki co plany związane z polityką gospodarczą przypominają znaną w Polsce od lat sentencję „po nas choćby Potop”, a wizja rządzenia i podejścia przedsiębiorców do rządzących przedstawia się tak:

Oceń artykuł
[Głosów: 3 Średnia: 5]

Źródła z jakich korzystałem:

https://podatki.gazetaprawna.pl/artykuly/1074532,podwyzszenie-kwoty-wolnej-od-podatku.html
https://www.money.pl/gospodarka/wynagrodzenie-minimalne-kaczynski-obiecuje-4-tys-zl-ekspert-przedsiebiorcy-odbija-sobie-w-cenach-6421952034867329a.html
https://businessinsider.com.pl/twoje-pieniadze/praca/placa-minimalna-dokument-ministerstwa-finansow
https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/jaroslaw-kaczynski-o-placy-minimalnej-i-przedsiebiorcach/lhs07t0
https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/jaroslaw-kaczynski-o-zarobkach-polakow-i-dobrobycie/b8kevwq
https://pomorska.pl/wybory-parlamentarne-2019-programy-partii-czym-nas-kusza-partie-polityczne/ar/c1-14439389
https://www.bankier.pl/wiadomosc/Wybory-parlamentarne-2019-Obietnice-wyborcze-partii-dla-pracownikow-7739485.html

 

Podobał Ci się ten artykuł?

Zapisz się do naszego newslettera i nie przegap nowych tekstów!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o