Czy właściciel małej firmy musi trzymać rękę na pulsie i ciągle przeglądać social media, żeby łapać inspiracje i robić dzięki temu lepszy marketing? Czy social media pomagają na chwilę odsapnąć i oderwać się od firmowej bieżączki, tak by zresetować głowę i nabrać sił na resztę dnia?
Na oba stwierdzenia odpowiedź brzmi zdecydowanie TAK.
O ile lubimy oszukiwać. I siebie, i otoczenie.
A ponieważ parę osób pisało, że chciałoby, bym poruszył takie tematy okołofirmowe w newsletterze, to ten powinien pasować idealnie. Bo problem przebodźcowania przez technologię — w mniejszym lub większym stopniu — dotyka każdego z nas.
A będzie coraz gorzej.
Może ten dzisiejszy newsletter będzie takim kamyczkiem z lawiny, który pomoże Tobie lub komuś Tobie bliskiemu odzyskać kawałek prawdziwego życia.
Lecimy!
Co to za szpec od social media, który nie… śledzi social media?
Trochę to absurdalne, prawda?
Mimo tego, że jestem gościem, który dzięki tym TikTokom i Facebookom zarabia miesięcznie grube tysiące złotych, staram się jak najmniej z nich korzystać.
Można by pomyśleć: co to za specjalista, który się nie rozwija w swojej dziedzinie i nie śledzi, co robią inni i jak się zmieniają trendy? Przecież trzeba być na bieżąco!
Ale czy na pewno tak jest?
Czy nie lepiej jednak zadać sobie pytania, czy takie hipotezy o ultraczujności to nie są wymówki, żeby usprawiedliwić się przed sobą i otoczeniem, że marnujemy czas w najgłupszy możliwy sposób, jaki wymyśliła ludzkość?
Wmawianie sobie, że przeglądanie smartfona to zawodowa konieczność, nie różni się niczym od nałogowego oglądania rolek w każdej wolnej chwili, bo przecież „mamy prawo do chwili relaksu”.
Social media jak alkoholowy ciąg…
To tak jak alkus, który wieczorem musi walnąć dwa browary, żeby się „zrelaksować” po ciężkim dniu. I znajdzie w ciągu tygodnia jeszcze osiem logicznych powodów, dla których musi się napić.
I tak jak alkus rzadko poprzestaje na jednym piwie, tak pięć minut, które sobie założymy na przeglądanie smartfona, zwykle magicznie rozciąga się do dwóch lub trzech kwadransów.
Nałogowe oglądanie social media nie jest cudownym środkiem, który napycha łeb inspiracjami albo pozwala odpocząć i się zrelaksować.
To podstępne, rozwalające życie uzależnienie.
Tylko nie każdy ma odwagę to przed sobą przyznać.
Zamiast relaksu czy też rozwoju fundujemy sobie w mózgu dopaminowe spustoszenie, które odbiera nam siłę i chęć na… cokolwiek (może poza dalszym scrollowaniem).
Zamiast faktycznie odpocząć czy zrobić coś realnie związanego z pracą, płacimy naszą najcenniejszą walutą, czyli swoim czasem, za to, żeby korporacja — bez żadnego wysiłku — mogła na nas zarabiać (👉 tu pisałem więcej o tym po co istnieją social media i dlaczego jesteśmy tylko produktem, przeczytaj, warto).
A czy social media pomagają mi złapać zawodowe inspiracje do tworzenia lepszych postów?
Są takie teorie, że jak nakarmisz algorytm swoimi preferencjami, to zacznie ci podsuwać rzeczy interesujące, wciągające i wartościowe.
Oczywiście nie dla twojego dobra, ale po to, żeby jak najdłużej cię zatrzymać i na Tobie zarobić (👉 tutaj o tym pisałem).
Tylko niestety, algorytmy szybko się uczą, że to, co nas zatrzymuje, to nie rzeczy, które nas interesują, ale te, które wzbudzają w nas emocje.
Im bardziej radykalne, tym lepiej – bo im bardziej się „nagrzejemy”, tym więcej czasu spędzimy w aplikacji i tym więcej reklam obejrzymy.
Więcej pisałem o tym w artykule, w którym dałem gotową listę emocji, które muszą wywołać Twoje posty, żeby algorytmy robiły Twoim postom darmowe zasięgi.
Zrobiłem eksperyment na TikToku: przez dwa miesiące szukałem twórców, których lubię, i oglądałem ich treści.
Po maratonie takiego oglądania, po 4–6 kilkunastominutowych sesjach dziennie, wcale nie czułem się napompowany pomysłami. Ani zrelaksowany, ani wypoczęty.
Zamiast podnosić, długie oglądanie social mediów zabijało moją produktywność i kreatywność. W bonusie za to rozwalało życie – i prywatne, i zawodowe.
Czułem się zmęczony, rozdrażniony, przestymulowany.
Nie miałem siły ani ochoty, żeby się zmobilizować, żeby zrobić coś ważnego, zadania przekładałem na święte „jutro”, a jedyną aktywnością, jaką byłem w stanie podjąć, było oglądanie kolejnych rolek.
A mimo to smartfon w ręce sprawiał, że czułem się OK. Dopiero jak go odkładałem, pojawiał się zjazd.
Ej, ale tam nic nie ma!!!
Tak jakbym się zaćpał i czuł, jak mi powoli schodzi faza.
Ponadto do dziś cały czas odnoszę wrażenie, że 95% zawartości moich tablic w social media to gówno.
I przepraszam za wulgaryzm, ale to jest naprawdę najlepiej oddające słowo.
Długo szukałem, długo myślałem, ale żadne nie pasuje lepiej.
Więc jeszcze raz:
To, co mi się wyświetla na tablicach w socialach, to najbardziej gówniane gówno na świecie.
Głupie, infantylne, pokazujące świat jako paskudne miejsce, premiujące głupotę, ludzką podłość, przesiąknięte indoktrynacją, propagandą i nienawiścią do drugiego człowieka.
Nawet jak starałem się pracować z algorytmem i pokazać mu, co mnie interesuje, to po prostu tego gówna dostawałem mniej, ale w dalszym ciągu stanowiło przytłaczającą większość tego, co widziałem na tablicach.
Jak miałbym to ująć w skali: normalnie 95% zawartości to badziew. A kiedy podsuwałem algorytmowi treści, które mnie interesują, to tego syfu było 80–90%.
Doszedłem więc do wniosku, że czas zmarnowany na oglądaniu pierdół nie jest wart tego, żeby z szamba wyłuskać kilka rodzynek.
Nie zjesz ich, a ręce i tak będą śmierdzieć.
A czemu ci dziś o tym piszę?
Bo może jesteś w takiej sytuacji, albo znasz kogoś, komu te sociale rozwalają życie, wyrywają każdą minutę życia, a w zamian nie dają nic.
I żeby coś z tym zrobić, to warto… po prostu przestać się oszukiwać. I samemu się zacząć pilnować.
I zachęcić do tego innych (co niniejszym czynię).
Warto codziennie toczyć mikrobitwy i zwalczać w sobie nawyk odruchowego sięgania po telefon w każdej wolnej chwili, żeby zobaczyć „co tam (nie)ciekawego słychać”.
I nawet jak się nie uda to 100 razy z rzędu, to nie poddawać się i próbować kolejne 100.
I myśleć o tym jak o takim samym nałogu jak alkohol, fast foody, pornografia czy narkotyki.
Z którym trudno zerwać, który potrafimy „logicznie” obronić i wytłumaczyć na 100 różnych sposobów, ale który realnie, mniej lub bardziej, rozwala zdrowie.
I fizyczne, i psychiczne.
Który dostarcza przyjemność tu i teraz, z którym czujemy się dobrze tylko tak długo, jak się… nałogujemy.
A kiedy próbujemy przestać, pojawia się zjazd, zmęczenie, rozdrażnienie i trudno zebrać się do czegokolwiek pożytecznego.
Okazuje się, że nie mamy na nic siły poza sięganiem po coraz dłuższe i mocniejsze dawki.
A chyba zgodzisz się, ze mną, że szkoda życia na takie życie?




Cześć jestem Radek i witam Cię na blogu SardynkiBiznesu.pl! Znajdziesz tu artykuły poświęcone najważniejszym zagadnieniom związanym z prowadzeniem małej firmy: marketing, prawo, księgowość, public relations, zarządzanie i IT. Mamy nadzieję, że dzięki nam oszczędzisz dużo nerwów, czasu i pieniędzy, a prowadzenie biznesu stanie się prostsze.