Najpopularniejsza porada o komunikacji w internecie brzmi: „odpowiadaj na każdy komentarz, prostuj każdą bzdurę, nie zostawiaj hejterów bez riposty”. Problem jest taki, że ta złota myśl świetnie działa na szkoleniach, a przestaje działać, kiedy zaczyna się social mediowa rzeczywistość. Zaraz pokażę Ci, że w większości przypadków najlepsze co możesz zrobić, kiedy ktoś pisze złośliwy komentarz to dokładnie NIC.
Ty się starasz, a mali ludzie piszą małe komentarze…
Z pasją w oku opowiadasz w social media o swojej firmie. Pokazujesz co Cię jara, drażni, jakie masz problemy. Poświęcasz na nagrania długie godziny.
Nie masz żadnych mrocznych celów. Nie chcesz nikogo naciągnąć.
Po prostu starasz się odczarować swoją branżę, żeby klienci zobaczyli w Tobie człowieka, który w biznes wkłada mnóstwo serca i energii. Żeby dzięki temu, co robisz, kim jesteś i jaka/jaki jesteś, poznali Cię, polubili i oczywiście kupili (bo do tego sprowadza się marketing).
A mimo to pojawiają się „życzliwi” komentatorzy, którzy uporczywie próbują przekonać Ciebie i Twoich obserwatorów, że na niczym się nie znasz.
Że oszukujesz, że kłamiesz. Brakuje Ci wiedzy.
Będą wbijać szpileczki, zadawać złośliwe pytania lub budować długie, punktujące, pełne jadu komentarze.
Te opinie nie muszą być zawsze turbochamskie czy wulgarne, ale… bolą. Mają zdyskredytować: Ciebie, Twoją firmę, to co robisz lub o czym opowiadasz.
Zostawiają Cię z poczuciem, że:
kurde, no boli jak cholera, to niesprawiedliwe! Widać, że chłop się chce tylko przyczepić, że nie ogarnia, manipuluje. Jest takim małym, złośliwym chujkiem, który czerpie przyjemność z tego, że wyżywa się na innych.
Gdzieś może się nawet pojawi myśl:
kurczaki, a może to olać? Może ja się naprawdę do tego nie nadaję? Może oni mają rację? Może odpuścić?
I to jest naturalne, że rodzi się olbrzymie poczucie niesprawiedliwości.
I może boleć. Jak drzazga wiadomo w czym.
Pytanie jednak brzmi…
Cóż czynić z takimi delikwentami? Jak reagować na niesprawiedliwą i złośliwą krytykę?
Co robić, jak mamy takiego jednego, drugiego i czwartego ancymona, którzy podejmują przeciwko nam komentarzową krucjatę? Odpowiadać za wszelką cenę? Usuwać wypowiedzi? Zmuszać się do dyskusji? Próbować przemówić do rozumu? Dogadać się? Szukać kompromisu, nici porozumienia?
Z chęcią opowiem Ci, jak do tego podchodzę na profilach klientów, którymi się opiekuję.
Zasada 1: choćbym się zesrał, nie przekonam go do siebie…
Wyleczyłem się z tego, żeby być miłym dla męczydup. Próby wyjaśnienia, budowy relacji, dialogu odnoszą przeciwny skutek. Zamiast nawiązać nić porozumienia, tylko ich nakręcają.
Jakby moja próba porozumienia, była świetnym pretekstem, żeby się jeszcze bardziej nakręcać. Kiedy ja próbuję normalnie porozmawiać, mam wrażenie, że komentator myśli:
Aaaa, celnie, trafiłem! Piecze dupa, jak mi odpisał. No to mam go w garści. Teraz to dopiero go dojedziemy!!!
To trochę jak gadka z pijanym wujkiem na urodzinach: choćbym wrzucił mu 100 logicznych argumentów, podparł badaniami, pokazał czarno na białym, że nie ma racji — to on na koniec prychnie pod wąsem, wzruszy ramionami i powie: gadaj se gadaj, ja swoje wiem.
I teraz cała na biało wjeżdża Beata Kozidrak na dzikim ośle ignorancji, która odpala protokół „złoty deszcz”
Na Sołtys Dźwiga, projekcie, który prowadzę dla klienta, takie ancymony pojawiają się regularnie. Nie wyzywają, nie wrzucają wulgaryzmów. Ale za wszelką cenę chcą udowodnić, że Olek, autor, na niczym się nie zna, a już na pewno nie na dźwigach.
A my co z nimi robimy?
Działamy bezwzględnie jak Beata Kozidrak.
Olewamy złotym deszczem, który spada z nieba.
Metoda olewania ciepłym moczem tego, czym nie mam ochoty się zajmować, działa wyśmienicie.
Nie muszę reagować na każdą opinię, która mi „nie leży”, ale też nie muszę jej usuwać. Nie muszę na nią odpowiadać, reagować, moderować, odnosić się, wyrażać zdania, oznaczać emotką, lajkiem.
Nie muszę z nią robić absolutnie nic.
Mogę po prostu… ją zostawić.
I zapomnieć.
Ale, przecież… na każdy komentarz trzeba odpowiedzieć!
Oczywiście „nie brak opinii” (zwłaszcza w marketingowym półświatku szkoleniowym), że ignorowanie komentarzy jest złe, prostackie i nie przystoi profesjonalistom. Że zawsze i na wszystko trzeba odpowiedzieć i reagować.
Cytując Arnolda Schwarzeneggera — dla mnie takie gadanie to jest bullshit.
Szkoda zdrowia, by się niepotrzebnie szarpać.
Jeżeli mam wybierać spokój ducha czy babranie się w jałowych dyskusjach — to wybór jest oczywisty.
Zaoszczędzony czas i energię mogę poświęcić na miliard innych, ciekawszych rzeczy, dzięki którym będę zdrowszy, szczęśliwszy czy bogatszy.
Celowo, świadomie i stanowczo stosowaną ignorancję uważam za przezajebisty wynalazek, z którego trzeba i warto korzystać.
Jak najczęściej.
Ignorancja rozjusza. I o to CHODZI!
Dla jakiegoś gotującego się frustrata nie ma nic bardziej irytującego niż fakt, że nikt nie reaguje na to, co z siebie wypluł.
Każdy lajk, reakcja, riposta, ban, usunięcie — to paliwo zachęcające do zintensyfikowania działań naszego eksperta.
Pokazują mu, że jego głos jest ważny. Że wywołał oczekiwany efekt. Kiedy my reagujemy, on myśli:
Ależ im dopiekłem, aż musieli mnie zablokować. Prawda w oczy kole! Miałem rację, a oni nie. Hehe, bronią się i wiją jak robaki).
A brak reakcji jest jak bardzo bolesny cios w wątrobę (jeżeli nigdy nie dostałeś/dostałaś potężnie w wątrobę — uwierz mi na słowo, ból jest nie do opisania).
Wyobraź sobie taką sytuację: ktoś się żyłuje, produkuje, emocjonalnie rozsadza, 10 minut stuka w klawiaturę, marnuje czas… po czym jego komentarz nie odnosi ŻADNEGO skutku. NIKT nie uraczył go odpowiedzią. Przechodzi niezauważony.
Więc gotuje się jeszcze bardziej, pisze, pisze, pisze… Produkuje kolejny, jeszcze bardziej ociekający frustracją komentarz, wzbija się na wyżyny kreatywnej złośliwości, z satysfakcją wysyła go w świat…
I znów cisza. Totalna ignorancja.
Zastanawia się więc, co poszło nie tak, gdzie popełniłem błąd? Rozgryza problem, zastanawia się, męczy. Może próbuje napisać coś nowego… I tak pętla irytacji zacieśnia się coraz bardziej. Zgrzyta zębami, wyżywa się na wszystkich dookoła.
Coś pięknego.
A potem… odpuszcza.
Serio.
Kiedy taki matołek raz, drugi, trzeci widzi, że te jego wypociny pozostają bez reakcji, to przestaje reagować.
Na Magicznych Latach 90 (profilu social, który prowadzę już lata) ta metoda doskonale się sprawdza. Zbanowałem tam tylko kilka osób, ale dlatego, 10/10 przypadków ignorowane osoby się wygaszają. Sami są też postrzegani jako frustraci i wyszydza ich reszta fanów.
A może kasować, usuwać i blokować?
I na deser została kwestia kasowania i blokowania wszystkiego, co mi się nie podoba.
Bo gdzieś może się pojawić pokusa, żeby, jak leci, kasować i blokować wszystkie nieżyczliwe wypowiedzi.
To nie jest dobry pomysł.
W teorii mam prawo do tego, żeby kasować i blokować wszystko, co mi nie odpowiada, z czym czuję się niekomfortowo, co budzi mój niesmak i politowanie: komentarze, opinie, prywatne wiadomości, e-maile. Nawet te wysyłane w „dobrej” wierze: oferty, propozycje pomocy, narzekania, sugestie jak mam pracować, co mam zmienić, jakby ktoś poprowadził komunikację na moim miejscu, co kiedyś było u mnie spoko, a co nie jest, jakby to zrobić inaczej…
Ale…
Nienawiść jest wpisana w DNA social media, a mimo to ja nie chcę być „Panem obrażaluchem”!
Osoby, które nie potrafią sobie radzić z krytyką, nie powinny nic publikować.
Dlaczego?
Bo taka jest specyfika social mediów i nie można się na nią obrażać.
Jeżeli całe życie chcę być rybakiem i w końcu ruszę na połów, to nie mogę na środku Bałtyku nagle jojczeć, że woda jest mokra i zimna, a ryby śmierdzą.
Nienawiść, czy też szerzej „złe emocje”, stały się rdzeniem napędowym internetu. To one napędzają zasięgi. Pisałem o tym więcej w artykule Po co ludzie wchodzą na social media?
I jeżeli chcemy w tym internecie publikować, to trzeba się pogodzić z tym, że absolutnie zawsze, ale to zawsze, znajdzie się ktoś, kto będzie chciał nam dopiec.
I jedyne co można z tym zrobić, to powiedzieć sobie, że tak po prostu jest.
Jestem za jak najszerszą swobodą wypowiedzi. Uważam, że ban jest środkiem ostatecznym i nie muszę blokować osób, z którymi się nie zgadzam.
To one robią z siebie debili. I jak one nie mają problemu z tym, że inni to widzą… to tym bardziej nie powinien być mój problem.
A obrażanie się na wszystko i wszystkich, kasowanie komentarzy i blokowanie każdego, kto się ze mną nie zgadza, jest w moim odczuciu jeszcze słabsze niż pisanie tych komentarzy.



Cześć jestem Radek i witam Cię na blogu SardynkiBiznesu.pl! Znajdziesz tu artykuły poświęcone najważniejszym zagadnieniom związanym z prowadzeniem małej firmy: marketing, prawo, księgowość, public relations, zarządzanie i IT. Mamy nadzieję, że dzięki nam oszczędzisz dużo nerwów, czasu i pieniędzy, a prowadzenie biznesu stanie się prostsze.