Dlaczego tak trudno uwierzyć internetowym milionerom? | PODCAST 45

author: Radek Klimek

To podcast, który wypruł mi wnętrzności – nigdy się tak nie męczyłem przy pisaniu artykułu i nagrywaniu treści. I już na etapie tworzenia wiedziałem, że był to raczej nieudany eksperyment i jeżeli pojawią się powtórki w podobnej tematyce, to będą miały one miejsce niezwykle rzadko. Dziś rzecz będzie o tym, dlaczego nie warto wierzyć wszystkim, którzy chcą Cię w internecie oczarować zarobionymi milionami. I mają nieodpartą chęć, by Ciebie również uczynić milionerem / milionerką. 

Masz w rodzinie takiego wąsatego wuja, który zawsze psuje klimat rodzinnych spotkań, bo zawsze sprowadza rozmowę na politykę, by będąc zacietrzewionym perorować i przekonywać wszystkich do swoich racji? A jego zażartość i rozemocjonowanie w dyskusji stają się męczące już po kilkunastu minutach? A po kilku godzinach są katorgą nie do wytrzymania?

Jeżeli tak, to świetnie się składa, bo dziś ja będę takim wujkiem, bo opowiadam o temacie, przy którym rozkręcam się do czerwoności i jestem nie do zatrzymania.

Podcast ten jednocześnie jest kontynuacją i rozwinięciem tematyki poruszanej w podcaście nr 33 – jak wybrać dobry kurs online dla małej firmy.

Dlaczego tak trudno uwierzyć internowym milionerów? Przesłuchaj i pobierz podcast:

Uwaga! Spisana niżej treść jest czym innym niż nagranie. NIE JEST transkrypcją odcinka. Jest jego parafrazą i streszczeniem. W podcaście pozwalam sobie na większą swobodę, więcej porównań, przykładów, przemyśleń. Zachęcam do zapoznania się z dwoma wersjami, bo oba są przygotowane jako odrębne byty, nieco inne i wzajemnie się uzupełniające.

Spis Treści
Zwiń
Rozwiń

Po co ja w ogóle o tym opowiadam? 

Jeżeli interesujesz się sprzedażą, marketingiem, prowadzisz firmę to jesteś łakomym, reklamowym kąskiem. Zostałeś / zostałaś tak sprofilowany przez systemy reklamowe, że swoje materiały chce do Ciebie kierować spore grono marketerów i coachów (złych lub gorszych).

I na pewno stale wyświetlają Ci się łudząco do siebie podobne reklamy obiecujące czy to fimowy czy prywatny dobrobyt.

Chodzi mi specyficzny typ treści: relacje ociekające luksusem, magiczne porady dotyczące kolosalnych zmian w życiu, zachęty do udziału w szkoleniach, kursach, webinariach, dzięki którym będziesz mógł sobie pozwolić na życie godne kubańskiego bossa narkotykowego.

Ich przekaz kręci się wokół perspektywy „zostania milionerem”, „nawyków milionerów”, zarabiania gigantycznych pieniędzy i doskonale znanego, mitycznego sukcesu, który dzięki nim jest na wyciągnięcie ręki.

A ponieważ w domyśle przekazu w swojej firmie robisz wszystko źle, wystarczy, że podszkolisz się, zmienisz tylko parę rzeczy, by tenże sukces osiągnąć i tegoż rajskiego życia zakosztować.

Czy tak będzie w istocie?

Czy naprawdę coś robimy źle? 

Wypada zacząć od pytania – czy faktycznie wina na początku leży po Twojej stronie?

Jeżeli od lat prowadzisz firmę lub tworzysz treści w internecie, a efekty są poniżej Twoich oczekiwań, to gdy natrafiasz na taką kipiącą milionami relację, łatwo możesz wpaść wpaść w depresję.

Bo wolno, żmudnie, powoli pchasz biznes do przodu, a inni w tym samym czasie, dziesięć razy szybciej odnaleźli jakieś magiczne sposoby, które pozwoliły im w rekordowym czasie wskoczyć do zacnego grona internetowych milionerów.

Pojawiają się rozterki, wątpliwości i pytania. Skoro wszystko jest tak szybko osiągalne, łatwe i piękne, czemuż to jedynie nieliczni mogą wieść tak niefrasobliwe, lekkie życie? Albo inaczej – co ja sam robię źle?

Dziś podcast będzie o tym, dlaczego jestem sceptyczny wobec porad i historii dotyczących internetowych SUCKcesów. Czemu, raczej na chłodno, podchodzę do fantasmagorycznych, nieweryfikowalnych relacji i obietnic.

Ten materiał przyda Ci się, jeżeli dopadają Cię podobne wątpliwości:

  • Co do słuszności Twojej drogi biznesowej
  • Jeżeli ciągle myślisz, że coś robisz nie tak
  • Jeżeli myślisz, że jesteś beznadziejny / beznadziejna w prowadzeniu firmy, a wszyscy dookoła są lepsi
  • Jeżeli dookoła ciągle widzisz kwitnące biznesy, a myślisz, że Twój rozwija się za wolno
  • Jeżeli próbujesz wskazanych, najlepszych metod zarabiania, zmiany nawyków, pozytywnego myślenia i miliony dziwnym trafem nie chcą pojawić się po kilku miesiącach na koncie

Co chcę tym materiałem osiągnąć?

Oprócz wyplucia z siebie wszystkim negatywnych emocji i wątpliwości (to kolejny z podcastów, w którym nieco bardziej się uzewnętrzniam – prapoczątki tego procesu znajdziesz w odcinku 37 o kryzysie twórczym i wypaleniu), to liczę, że uda mi się ocalić Twój czas, Twoje nerwy i pieniądze.

Choć na czasie zależy mi najbardziej.

To najcenniejszy zasób jakim dysponujesz. Stracone pieniądze prędzej czy później odrobisz.

Może ten podcast sprawi, że NIE podejmiesz lekkomyślnych, wywołanych emocjami czy impulsem decyzji, dotyczących zakupu szkoleń czy radykalnej zmiany obranego biznesowego kursu. Może sprawi, że NIE skorzystasz z rad, w które zamian za mgliste, nieosiągalne obietnice sprawią, że Twoja firma nie tylko się nie rozwinie, ale i może zaliczyć poważny regres. A Ty wpadniesz w emocjonalny dół czy (co gorsza) złapiesz jakieś stany przeddepresyjne.

Jak zwykle w przypadku podcastów, zaznaczam, że to jest mój osobisty punkt widzenia, a nie żadna oficjalna czy jedyna słuszna psychologiczna wykładnia.

Jako, że w branży siedzę już dość długo, chodzi o wątpliwości, które kołaczą mi się pod czaszką od lat. Pamiętaj, że to o czym opowiadam dotyczy wąskiej (choć barwnej i głośnej) grupy osób. NIE wrzucam wszystkich do jednego worka i NIE twierdzę, że „każdy kto dorobił się w internecie dużych pieniędzy to na pewno oszukuje i w ogóle jest złodziejem”. Nie twierdzę też, że każdy, kto chce sprzedawać wiedzę w internecie jest oszustem.

Z drugiej strony, niestety mam wrażenie, że te osoby, które opowiadają o dużych pieniądzach w rzetelny, uczciwy i transparentny sposób są w mniejszości. Albo są mniej widoczni, bo nie stosują przepakowanych emocjami, agresywnych komunikatów.

Warto dać sobie szansę 

Zatem warto zacząć od tego, by dać sobie szansę.

Świat pędzi coraz szybciej, jesteśmy otoczeni mnogością wyborów, ścianą informacji, ze wszystkich stron (w relacjach, social mediach, artykułach, podcastach) słyszymy o tym, jak innym świetnie się wiedzie. Świat przedstawiony, jakie doświadczamy w internetowych opowieściach jest piękny, ale niekoniecznie tożsamy ze zgrzytającą rzeczywistością.

Odbierając taki cukierkowy, fałszywy przekaz, niebotycznie podnosimy poprzeczkę wobec swoich dokonań. Do tego mamy tendencję do umniejszania własnych zasług i do bagatelizowania już włożonego wysiłku. Nie doceniamy tego co już zrobiliśmy: dla firmy i dla siebie.

Po co się ciągle biczować? 

Nie warto być wobec siebie ultra krytycznym. Nie warto ciągle porównywać się do innych.

Warto dać sobie czas. Warto wyrobić sobie własne zdanie. Warto weryfikować wiedzę znalezioną w internecie – zwłaszcza, gdy na trudne i skomplikowane problemy, ktoś serwuje proste rozwiązania. Warto podążać własną ścieżką, inspirując się innymi, ale zachowując trzeźwy osąd.

A jeżeli chodzi o samą wiedzę, to pamiętaj też, że przy ogólnikowych i słabych szkoleniach (i szkoleniowcach), jeżeli Ci nie wychodzi wdrożenie złotych rad, to problem nie leży po stronie kursanta, tylko dostarczyciela wiedzy.

Czy ONI naprawdę chcą Cię oszukać?

Oczywiście, wcale nie musi tak być, że samoreplikujący się, internetowi celebryci, chcą Cię otumanić złotym blaskiem sukcesu, by wcisnąć Ci swojej wątpliwej jakości wiedzę. Nie musi być tak, że gdy udało im się Ciebie nabrać i zamknąć sprzedaż, kompletnie nie będą się interesować tym czy ta wiedza Ci się przyda i co możesz z nią zrobić. Nie musi być tak, że po tym jak wcisnęli Ci produkt, będą zajęci szukaniem kolejnego jelenia / jelenicy.

Nie musi być tak, że gdy wdrożysz tę wiedzę od A do Z, kompletnie według wskazówek, a nic się zmieni – to rozłożą ręce i powiedzą, że pewnie coś zrobiłeś źle, i musisz kupić kolejne szkolenie.

Nie musi tak być. Ale tak bywa. I to często.

Mogę się mylić i być może, w niektórych przypadkach, się mylę. Ale mimo to są pewne rzeczy, które nie dają mi spokoju. O których chciałbym opowiedzieć.

W nienawiści do słowa sukces… tak zostałem wychowany?

Szkoda mi trochę słowa sukces, bo w przestrzeni nowomowy marketingowo-szkoleniowej zostało strasznie strywializowane. Zawłaszczenie i epatowanie „sukcesem” przez coachów, którzy z szaleńczą emfazą pouczają innych jak mają żyć, sprawiło, że gdy słyszymy o zapewnienia o osiągnięciu sukcesu budzi się w nas rezerwa, dystans, a bywa i tak, że politowanie.

To trochę jak ze słowem konkubent – otoczka medialna, w jakim konkubent się pojawia, nie kojarzy nam się już z wolnym życiem na partnerskim zasadach z dala od drobnomieszczańskich oczekiwań, ale raczej biciem, poniżeniem, wyjącym z głodu psem, awanturami i wyrzucaniem po pijaku dzieci przez okno.

Zasadniczo więc, NIE jestem przeciwnikiem odnoszenia sukcesu, lubię to słowo, bo wiem, że zwykle rodzi się w bólach i pochodzi z ciężkiej, przemyślanej i zorganizowanej pracy.

Nie neguję też umiejętności osiągania błyskawicznych sukcesów finansowych. Nie neguję tego, że ktoś, dzięki wdrożeniu magicznej metody z dnia na dzień stał się milionerem i teraz poczuł zew, by teraz tej metody nauczyć innych (w szkoleniu z rabatem -90% lub w rewelacyjnej cenie obniżonej z 4997 do 197 zł).

Nie jestem w stanie tego zweryfikować.

Rzecz dotyczy  wątpliwości, jakie dopadają mnie, gdy widzę kolejną iskrzącą od złota reklamę, która zapewnia mnie o tym, że sukces jest na wyciągnięcie z ręki.

Co determinuje tę niechęć?

Dlaczego to mi się nie dodaje? 

Niżej znajdziesz kilka przykładów, które zapalają lampkę ostrzegawczą, gdy trafiam na kolejną niesamowitą, niezweryfikowaną historię dotyczącą zarobionych milionów.

To brak transparentności, kuszenie blaskiem złota, pozory życia w luksusie, robienie kurtyzany z logiki, pycha, która kroczy przed upadkiem, historia to kloaka dla przegranych i tania gra na emocjach.

Całość zakończę krótkim, ogólnym podsumowaniem dotyczącym tego, jak traktować i myśleć o osobach, które uparcie chcą nam coś w internecie sprzedać (zwłaszcza wiedzę, kursy lub szkolenia).

1. Brak transparentności

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie…

W latach 90 miałem w szkole kumpla Grzegorza, który wręcz zadręczał nas opowieściami jakie to rarytasy zabawkowe ma zachomikowane u babci, i bawi się nimi wyłącznie gdy wyjeżdża do niej na wieś na wakacje.

Czego tam nie było!

Amiga, Pegasus, motocykl, Lego, na zdalnie sterowanych auta… Dla dziecka w z tamtych czasów były to prawdziwe, zabawkowe rarytasy. Było to o tyle dziwne, że kumpel Grzegorz przez pół roku chodził w jednym zestawie ciuchów, w domu im się nie przelewało, a jego ojciec nad więzi rodzinne zdecydowanie preferował alkohol i przemoc domową. A Grzegorz, cóż, musiał jakoś sobie jakoś poradzić z tym, że jest gorszy od innych, więc raczył nas historiami z zabawkowej Nibylandii.

I z niektórymi milionerami internetowymi jest podobnie – niby opowiadają o tych swoich zarobionych pieniądzach, ale bliższych konkretów brak.

Jeżeli ktoś się przedstawia jako rekin marketingu internetowego, najlepszy mistrz sprzedaży w Polsce,  jeden z najbogatszych Polaków (tak, takie kwiatki też się zdarzają), a ilość internetowych materiałów dotyczących jego sukcesów jest fragmentaryczna, to coś tu chyba nie działa. Zwłaszcza gdy nawet głębszy research nie daje żadnych wyników: konferencji, wywiadów, podcastów, artykułów, zestawień, wspomnień w branżowych portalach. Wydawało by się, że ktoś kto od 10 lat buduje konsekwentnie swoją pozycję i markę osobistą w sieci, powinien zostawić po sobie trochę śladów. Powinien dać się zauważyć. A tu czasem jak w piosence Lady Pank: Mniej niż zerooooooo…. 

Nie ma ani solidnych materiałów zewnętrznych, ani własnych (bloga, podcastu, konta na YouTube).

A gdy już na jakieś materiały sporadycznie trafię na entej stronie wyszukiwarki, to są tylko jakieś stare, niedokończone, archaiczne strony, jakieś toporne prezentacje PDF czy landing page, wszystko wygląda jakby dopiero było w powijakach, mimo, że projekty „działają” już od kilku lat. Całość wizualnie i koncepcyjnie nurza się na kanwie niedoróbek i niedopowiedzeń, w narracji co rusz zaczynanych nowych, rewolucyjnych inicjatyw. A sam design tych materiałów jako żywo przywołuje lata 90 i pracę w edytorze stron.

A sama marka firmy czy też osobista budowana jest w oparciu o pojedyncze strony landing page, pozbawione wszelakich istotnych informacji.

Czasem archiwum stron sugeruje, że autor co rusz kasuje domeny, by tworzyć nowe strony, pod kolejne kursy.

Gdy poszperam w danych dotyczących firm, to pojawiają się jakieś podmioty-wydmuszki, firmy widma, których jedynym śladem jest wpis KRS lub CEIDG, o których ciężko cokolwiek przeczytać, bez własnych stron www, bez oznaczeń na Mapach Google, mimo, że są przedstawiane jako liderzy o polskim / europejskim / globalnym zasięgu. A jedynym poświadczeniem zarobionych milionów są nagrania i artykuły samego milionera. I garść komentarzy z Facebooka.

Więc mi to się nie dodaje – z jednej ktoś opowiada jak sobie doskonale radzi w świecie biznesu internetowego, jako swój główny produkt oferuje swój wizerunek (przez pryzmat sukcesów i doświadczenia), z drugiej – trudno cokolwiek w tym internecie na temat tej danej osoby i tego na czym konkretnie zarabia, znaleźć.

Więc o ile w przypadku właścicieli sieci Dino czy Black Red White motywacje dotyczące strategii wycofania się wydają jasne, to tutaj czuję pewien niedosyt.

Co to jest za biznes? Na czym ona zarabia?

Sygnałem ostrzegawczym może być pojawiające się notorycznie pytanie: na czym on NAPRAWDĘ zarabia?

Zadziwiające ilekroć wśród dziesiątek materiałów, nagrań, wpisów, brakuje tej jednej, kluczowej wszak informacji. Narracja oscyluje wokół twórczego niedopowiedzenia. Otrzymuję ogólne odpowiedzi, że jest to metoda / model biznesowy / sposób, w którym można szybko zarobić duże pieniądze, ale konkretów (nazw, stron, produktów, usług), dziwnym sposobem brak.

Co dziwniejsze owa niekreślona, tajemnicza metoda umożliwia zarabianie milionów niemalże automatycznie, bez wysiłku. Praca jest jedynie koniecznym, acz niezauważalnym dodatkiem do luksusowych aut czy drogich wycieczek.

A zatem.

Skoro nic nie wiem o tym w jaki sposób i na czym milioner zarabia, to dlaczego mam wierzyć w jego metody?

Nie neguję tego, że ta osoba nie jest w posiadaniu środków o jakich opowiada. Podejrzewam jednak, że coś w tych pięknych historiach zostało pominięte i niedopowiedziane. Że niekoniecznie swój obecny status majątkowy musi zawdzięczać reklamowanym systemom.

Skąd mam wiedzieć, że te obrazki luksusowego życia, to nie są rzeczy wypożyczone, kupione na kredyt, za pieniądze pożyczone od rodziców lub wzięte w leasing?

Nie, żeby coś było złego w leasingu, kredycie czy pożyczce od rodziców. To zwykłe metody pozyskania kapitału.

Jeżeli jednak sprawia się wrażenie, że wszystkie te dobra luksusowe, niemalże bezwysiłkowo zostały zakupione za gotówkę z magicznego super systemu, to całkiem fair byłoby to faktycznie udowodnić. I pokazać jak ta rewolucyjna metoda do nich doprowadziła.

Gdzie te tysiące fanów i ukontentowanych przedsiębiorców? 

Często w tych materiałach jest przywoływany dowód społeczny – tysiące (czasem dziesiątki tysięcy) zadowolonych osób, które wzięły udział w szkoleniu / kupiły kurs / książkę, już zmieniły swoje życie, zarabiają pięciocyfrowe kwoty i tworzą potężne, doskonale znane firmy.

I tu pojawia się kolejny problem.

Jak to zapytywał Grzegorz Ciechowski: gdzie oni są?

Gdzie i jakie te firmy? Czy dysponujemy czymś więcej niż kilkunastoma pochwalnymi, sprawiającymi wrażenie klakierskich, screenshotami z komentarzy na Facebooku? Czy mamy coś więcej niż krótkie komentarze osób, zgadzające się z samym materiałem, dlatego, że jest pełen takich oczywistości, że tylko ktoś upośledzony by się z nimi nie zgodził?

Czemu autor przemyśleń nie linkuje do stron, produktów, usług, kursów osób, które dzięki tym radom już zarabiają miliony? Czemu kursanci się tym nie chwalą?

Jeżeli się przesłuchuje podcasty Marka Jankowskiego lub wywiady w Przygodach Przedsiębiorców, to większość gości i ich historii dotyczących startu firmy w internecie od zera, to historie oryginalnego ciekawego, i pełnego pasji pomysłu. To opowieści pełne zbierania doświadczenia, wytrwałości i ciężkiej pracy.

Owszem, jest sporo przykładów biznesów, które w kilka miesięcy od startu wręcz eksplodowały, ale zawsze droga ta wiązała się z olbrzymim zaangażowaniem, szczęściem, pomysłem, wspólnikiem, ryzykiem, innowacją. A czasem stanowiły misz-masz tych wszystkich rzeczy po trochu.

Wreszcie – to historie osób, którzy prowadzą realne firmy, które działają na rynku i oferują produkty. To nie osoby, które do startu firmy przymierzają się w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Jakoś nikt z nich nie wspomina, że oparł swój biznes o gotowy, znaleziony w sieci model zarabiania milionów, który kupił od milionera – szkoleniowca. A przecież, w tych wywiadach, pojawiają się osoby, które naprawdę wiedzą jak się robi solidny biznes w internecie. I które wiedzą jak na tym biznesie dobrze zarobić. I od których warto się uczyć.

I próżno tam szukać osób, które odnoszą fantastyczne sukcesy, bez doświadczenia, bez przygotowania, bez planu i co najważniejsze: bez pomysłu. Które chcą zarabiać pieniądze dla pieniędzy, bez oferowania dobrego produkty lub usługi.

Gdy sprawdzałem najczęściej wyświetlających mi się w reklamach milionerów, speców od marketingu którzy obiecują błyskawiczne i szybkie efekty, to nie trafiłem na ni jeden podcast, ani wywiad, artykuł, w którym przewija się ich nazwisko.

Czy to jako główni bohaterowie, czy jako inspiracja dla innych przedsiębiorców. Jakby byli… nieznani. Pomijani. Albo niewidzialni.

2. Rozkoszne kuszenie blaskiem złota

To czym się przywołuje przyszłych milionerów reklamach i opowiastkach to dwa kluczowe magnesy: obietnica zarobku bardzo dużych pieniędzy (powiązane z epatowaniem słowem milioner) i/lub zdjęcia/ filmy obfitujące w drogie samochody, egzotyczne wakacje, albo „luksusowy” styl życia. Ociekający pieniędzmi wydźwięk ma podkreślić prestiż i zamożność nagrywającego.

Trafiając na materiał dotyczący „skutecznego osiągania sukcesu”, sprawdzam żelazną checklistę pytań:

  • Jaka jest myśl przewodnia oglądanego materiału?
  • Co i w jaki sposób autor oferuje widzowi?
  • Z jaką REALNĄ wartością mamy do czynienia?
  • Co jest ESENCJĄ przekazu?

Realna wiedza czy miłe dla ucha pierdolety?

Czy mamy do czynienia z praktyczną, specjalistyczną, wiedzą do wykorzystania?  Czy ogólnorozwojowymi, powielanymi po wielokroć pierdoletami? Może i mądrymi, może i sensownymi, ale tak oczywistymi, co kompletnie bezużytecznymi. Pierdoletami, które są tylko dopiskiem do skrzących się od bogactwa i złota zdjęć? Pierdoletami, które przez 100 lat ciężkiej pracy, nie uczynią ze mnie milionera, choćbym starał się je wszystkie dokładnie wdrożyć? Pierdoletami, które miło się ogląda, przyjemnie komentuje, z którymi nie sposób się nie zgodzić?

Pierdoletami które faktycznie są obetonowaną ścianą zgrabnie skonstruowanych ogólników, bez żadnej gwarancji na to, że ich wdrożenie przyniesie obiecywane efekty?

Co w takiej narracji ma być celem mojego rozwoju zawodowego?

Zostanie milionerem? Zarabianie milionów? Życie w luksusie?

Żerowanie na ekonomicznym upośledzeniu odbiorcy

Uważam, że takie stawianie sprawy jest żerowaniem na ekonomicznym upośledzeniu odbiorców. To sprzedawanie diabelsko trudnych do osiągnięcia marzeń w ładnym opakowaniu. W coś takiego chętnie się wierzy, bo każdy chce zarabiać kolosalne pieniądze, a podane sposoby są szybkie i łatwe do wdrożenia. Podobnie jak w Lotto – tu też reklamy obiecują pełne emocji i bogactwa życie, osiągalne bajecznie prosty sposób. Diabeł jednakże tkwi w szczegółach.

Tak chętnie przywoływani  i cytowani Bezos, Jobs, Musk, czy Gates zarabiają kolosalne pieniądze, ale, paradoksalnie, dla nich środki finansowe nie były celem samym dla siebie. Ich fortuny powstawały z pasji tworzenia, szukania innowacyjnych produktów, rozwiązań, usług. Są miliarderami bo, jakkolwiek to nie brzmi, chcieli zmiany świata na lepsze.

Nie zrozum mnie źle.

Daleki jestem od twierdzenia, że pieniądze szczęścia nie dają. Oj, dają i to moc szczęścia i zdecydowanie warto je mieć. I warto dążyć do tego, by zarabiać ich jak najwięcej. Jednakże, jeżeli mówimy o realnych, etycznych biznesach, które niosły wartość dla klientów, motorem napędowym nie była chęć zarobku, ale chęć dostarczenia odpowiedniej jakości produktu / usługi, zaspokojenie potrzeb klienta i dopiero na kanwie tego działania – zarabianie pieniędzy.

Stawianie za cel swojej pracy zarabiania milionów, gdy nie mamy pomysłu na to co i jak chcemy robić, to fundamentalny błąd. Jest atrakcyjny marketingowo, bo jest stale podsycany przez jednostkowe przypadki historii osób, dla których chęć wyrwania się z biedy stanowiła najsilniejszą motywację. Takie historie są na fali, o nich z chęcią się czyta, nimi chciałoby się inspirować. Takie historie chciałoby się naśladować, przeżyć. Ale szanse na ich powielenie są nikłe. Bo za większością dobrze prosperujących biznesów stoją przyziemne i twarde motywacje, bez porywających historii. To długa (ciężko wieloletnia), trudna, ciężka praca, popełnienia masy błędów i parcie do wyznaczonego celu.

Oferowanie odbiorcom mglistej perspektywy zarabiania milionów za pomocą prostych, uniwersalnych sposobów, jest cyniczną grą, z góry obliczoną na porażkę. Chodzi w niej wyłącznie o wieczne gonienie króliczka, którego nigdy nie uda im się capnąć. Dla większości z goniących (o ile nie wszystkich) przygoda z biznesem zacznie i skończy się na pościgu. Pozostanie tylko i wyłącznie sama perspektywa kolosalnych zarobków. Bez efektów.

Zatem jaki jest cel działania autora?

Co autor chce i może mi zaproponować?

Chce mnie przekonać produktem / usługą / wiedzą / przemyśleniami, w które widać, że włożył dużo pracy i wysiłku? Czy to o czym mówi to jest jego pasja i „jara się tym”, odsłaniając merytoryczne i praktyczne „smaczki” do zaadoptowania? Czy koncentruje się na tym, by pokazać mi co zrobić, bym mógł ulepszyć swój produkt / swoje usługi? Czy jakość „opakowania” wiedzy wskazuje na to, że włożył w dużo pracy i wysiłku?

Czy wartością jest praktyczna wiedza, którą można zastosować, czy tylko mielenie w kółko tych samych, przywoływanych dziesiątki razy oczywistości, okraszonych wizerunkiem bogacza i obietnicą życia w luksusie?

Bez różnicy czy mamy do czynienia z długim godzinnym, naszpikowanym frazesami filmem, czy napisanymi naprędce postami na Facebooku, okraszonymi motywacyjnymi cytatami.

Przepełnione pustką uderzenie cynicznego dysonansu

Uderza mnie pewien dysonans.

Z jednej strony przekaz internetowych milionerów jest utrzymywany w konwencji bagatelizowania roli pieniądza. Mówią, że pieniądze się nie liczą, że są środkiem do celu, że nie mogą nas zepsuć. Że, kiedy zarabiają miliony, to odcięli się od dóbr materialnych, docenili relacje z ludźmi. Że nie wolno myśleć ciągle o pieniądzach, bo trzeba patrzeć na wnętrze (jakkolwiek to rozumieć, gdy nie jesteś chirurgiem) i umiejętności, pasję i to co można zrobić dobrego dla świata.

Jednocześnie jedyną rzecz jaką są mi w stanie zaoferować to seria oklepanych, wiecznie powtarzanych frazesów dotyczących finansowej wolności, dochodu pasywnego, wytrwałości i wstawania rano oraz zdjęcie / nagranie drogiego samochodu, grubego pliku banknotów trzymanego w ręce, ładny garnitur i blask złotego zegarka na ręku. I obietnicę zarabioenia tych milionów właśnie.

Choć sama prezentacja może urzec dobrym przygotowaniem, to już kolejny etap lejka sprzedażowego prezentuje się znacznie gorzej. Często jakość produktów jest nienajlepsza: zarówno sprzedażowe jak i materiały są robione na szybko, bez dbałości o formę (literówki, błędy, graficzne niedociągnięcia i archaizmy).

Tak jakby autor namawiał widzów do podjęcia kolosalnego wysiłku, rewolucyjnych zmian w życiu, jednocześnie redukując przy tym swój wysiłek do niezbędnego minimum. Ciągle używając tej samej, wiecznie odgrzewanej, prymitywnej retoryki. Bazując na najniższych, najbardziej prymitywnych instynktach odbiorcy. Obiecując fantastyczne rezultaty, ale oferując pełen ogólników, niechlujnie przygotowany produkt.

Znowuż – to jak piękny świat obiecywany w Lotto. Wysoki zysk, bez żadnego planu. Oparty o proste, łatwe do wdrożenia, sposoby. Z podobną, bliską zeru, szansą na wygraną.

W przypadku osób nieco bardziej zdystansowanych ten złoty blichtr ma inny cel (poza pompowaniem coraz większego ego autora): zamiast pomocy i podpowiedzi ma wpędzić w poczucie winy i kompleksy. Zamiast praktycznych wskazówek, miał wywołać uczucie zazdrości, niedosytu, marnowania potencjału. Tak by te uczucia finalnie skłoniły mnie do zakupu książki, szkolenia lub produktu.

3. Dziś łatwo stworzyć pozory życia w luksusie

Wyznacznikiem życia w luksusie przejawiającym się w internetowych relacjach są ekskluzywne kolacje w restauracjach, drogie samochody, modne ubrania i egzotyczne wycieczki. Funkcjonują jako potwierdzenie statusu autora.

Żyjemy w czasach, gdy nie trzeba zarabiać kokosów  by wyjechać na egzotyczne wakacje, spędzić aktywnie wolny czas, czy zjeść kolację w eleganckiej restauracji. Nie ma też problemów z wypożyczeniem nawet najdroższego auta. Większość tych rzeczy jest w zasięgu portfela osób, które określiłbym jako rodzącą się w bólach polską klasą średnią. To już nie lata 90, gdzie wypad na Majorkę kojarzył się w Polsce z ekskluzywną egzotyką równą eskapadzie do Papui – Nowej Gwinei. Po kilku latach pracy na normalnych, „zwykłych” stanowiskach stać nas na rzeczy, które jeszcze 20 lat temu były uznane za synonim luksusu.

I, paradoksalnie, dzięki temu dość łatwo tworzyć pozory luksusu, który wcale luksusem nie jest. Dziś łatwo zagrać milionera i zainscenizować jego życie.

Możliwości technologiczne pozwalają na stworzenie narracji w mediach społecznościowych, w których osoba zarabiająca polską średnią krajową, wiedzie życie milionera z pierwszej dziesiątki Forbesa.

Przy odrobinie inwencji, ze zwykłych, codziennych, drobnych radości, można stworzyć obraz ekskluzywnego dnia codziennego, zupełnie nieosiągalnego dla innych.

Przykładowo: z jednej wycieczki możesz przygotować sobie zestaw kilkudziesięciu postów. Raz przygotowany pakiet materiałów można wykorzystać po wielokroć, przerabiając, publikując ponownie, okraszając innym opisem. Luksusowe auto możesz wypożyczyć (wypożyczalni) lub pożyczyć (od rodziny, znajomych). Przygotowanie kadru w mieszkaniu by przypominało luksusową willę nie jest wielkim wyzwaniem. Możesz obiad za 200 zł w niezłej restauracji przedstawić jako posiłek godny prezydentów. I tak dalej, i tak dalej…

4. Robienie k…urtyzany z logiki

Zastanawiam z jakiej wiedzy korzystali obecni milionerzy, którzy dochodzili do majątków w czasach, gdy nie mogli przeczytać w książkach o tym jakie nawyki powinni wykształcić? Gdy nie mogli oglądać motywacyjnych filmów na YouTube i Facebooku, dotyczących tego jak zostać milionerem? Jak zostali milionerami, gdy nie widzieli jakie są „nawyki milionerów”?

Wykorzystanie bezradności odbiorcy 

Odstręczają mnie cyniczne, celowe zabiegi, które zakładają indolencję intelektualną odbiorcy: bazują na jego nierozważności, niewiedzy lub naiwności. Mam czasem wrażenie, że niektóre materiały są z pełną premedytacją tworzone i kierowane specjalnie do osób, które z racji wieku, sytuacji życiowej, zawodowej lub braku doświadczenia nabierają się na te proste triki.

Przykłady i pomysły są tak przedstawiane, że wydaje się, że prowadzenie firmy i zarabianie potężnych pieniędzy, jest proste, nieskomplikowane.  Że wystarczy chcieć. Kwestie, które powinny być istotne, kluczowe, które decydują o być, albo nie być – są marginalizowane, albo pomijane.

Fakty i porady są przedstawiane w uproszczony sposób, a to co powinno być esencją wypowiedzi, pojawia się gdzieś na jej marginesie. W przekazie jest bardzo dużo gry na emocjach, a mało chłodnych przykładów i konkretnych liczb. Świat przedstawiony wydaje się płaski, zero-jedynkowy. Albo zarabiamy miliony, „ciśniemy od rana”, „codziennie moc na 200%”, albo wegetujemy w szarym życiu jak reszta społeczeństwa, jesteśmy skazani na biznesową porażkę. Nie ma nic pomiędzy.

A przecież nie trzeba być milionerem, by być spełnionym przedsiębiorcą, wiodącym spokojne życie, pracującym z pasją, zarabiającym niezłe pieniądze, pozwalające na życie na godnym poziomie.

Nadto internet jawi się jako miejsce, gdzie „pieniądze zarabiają się same”. Praca w necie to szybkie samochody, konferencje, luksusowe hotele, eventy w gronie młodych, pięknych, uśmiechniętych i bogatych ludzi. A do tego wieczne wakacje na złocistych plażach. To cholernie kusząca wizja, zwłaszcza dla osób, które całe życie pracowały „stacjonarnie”. Szczęśliwe, beztroskie życie, gdzie praca jest nic nie znaczącym, bezwysiłkowym dodatkiem, jest w zasięgu ręki.

I to też jest znamienne, bo system / książka / kurs zarabiania milionów, są często wprost dedykowane dla kompletnych laików. Osób, które nie mają żadnego doświadczenia w prowadzeniu firmy, komercyjnym działaniu w internecie, nie mają wiedzy finansowej, marketingowej czy PR-owej. Nie chcą nic zmienić, wymyślić, wdrożyć, nie mają pomysłu na biznes. Nie szukają wiedzy jak rozwijać produkty, usługi, kompetencje, które są przydatne dla innych. Chcą tylko jak najszybciej zarabiać miliony.

Najgorsze jest chyba to, że autor doskonale wie, że przekaz rozpali wyobraźnię osób, które, mimo kupna jego książki / kursu i podążania za jego radami, nie mają szans na zarobienie obiecanych pieniędzy. Bo nie mając żadnych predyspozycji, nie zdając sobie sprawy jak trudne i wielowątkowe wyzwanie ich czeka, uwierzą w piękne kłamstwo.

Nie twierdzę, że taki model biznesowy, który pojawia się w obietnicach nie istnieje i nie da się na nim zarabiać. Twierdzę, że jeżeli już, to jest osiągalny dla nielicznych, a na pewno nie jest w zasięgu osób, które chcą się go nauczyć od zera w szkoleniu za kilkaset czy nawet kilka tysięcy złotych.

Banał goni banał 

Porady dotyczące prowadzenia firmy sprowadzają się do powielanych masowo komunałów, które brzmią sensownie, z którymi nie sposób się nie zgodzić, ale których nie da się przekuć w praktykę i wdrożyć.

Co z tego, że wiem CO mam zrobić, PO CO mam to zrobić, skoro nie wiem JAK?

Całość wywodów to seria złotych, sprzedażowych porad – znajdź nisze, odpowiedz na potrzeby klienta, wstań rano, nie oglądaj telewizji, nie jedz chipsów, nie graj w gry, kup tanio, i sprzedaj drożej. A najlepiej to kup moje szkolenie / książkę, w którym opowiem Ci o tym samym w bardziej rozlazły sposób.

Jakbym słuchał monologu Maleńczuka z wspólnej piosenki nagranej z Hasiokiem (polecam kapelę na marginesie, jest genialna):

Problemem jest też to, że coraz częściej ogólne frazesy są opakowane w naprawdę ładne pudełko: dobrą prezencję, ładną miniaturę, niezły montaż i wyćwiczenie pod względem dykcji i formy przekazu. Czasy, gdy o jakości materiały świadczył pomięty, znoszony garnitur ze studniówki, słabe oświetlenie, pokreklany flipchart, firanki zachachmęcone babci i tandetny landszaft z jeleniem do kompletu na ścianie w tle odchodzą w niepamięć i (prym w takim przedstawianiu wiodła branża MLM i jeszcze w niej możemy odnaleźć pewne pozostałości tego przekazu – choć i ona topornie, bo topornie, ale się zmienia), zastępowane prze naprawdę profesjonalnie przygotowane materiały reklamowe, których miło  się słucha i miło się ogląda.

Dlatego tym bardziej warto pamiętać o tym, że ładnie wyglądający, omawiający oczywistości i chwytający za serce PR jest robić dużo łatwiej, niż dobrze przygotowane produkty (które jak wspominałem pozostawiają wiele do życzenia).

To wszystko jest takie proste… 

To wszystko wydaje się bardzo proste: jeżeli znajdziesz przedmiot za 3000 zł i sprzedasz go komuś za 3500 zł – zarobisz 500 zł! Wystarczy sprzedać jeden taki przedmiot dziennie, pięć razy w tygodniu, by zarabiać ponad 10 000 zł miesięcznie!

Przy przywoływanych przykładach sprzedaży bardzo rzadko pojawiają się kwestie płacenia podatków, prowizji serwisów sprzedających (Allegro, Ceneo), przebicia się w tych serwisach z własną ofertą, reklam (choćby do remarketingu), utrzymania działalności gospodarczej. Praktycznie nie jest poruszana kwestia czasu jaki trzeba na te czynności poświęcić – czy to na przygotowanie, obsługę i realizacji sprzedaży, czy też dojście do momentu, który te usługi pozwoli świadczyć na odpowiednim poziomie.

A jeżeli pojawiają się pomysły praktyczne dotyczące modelu czy też kursu jaki można obrać w swoim biznesie, to są tak oderwane od rzeczywistości, że czasem zastanawiam się, czy autor celowo nie szydzi z widza.

By nie pozostać gołosłownym, autentyczne przykłady na jakie trafiłem (przepraszam za prostotę języka, ale poniższe frazy są dość swobodnymi parafrazami):

  • Znajdź przedmiot (najlepiej drogi) tanio na Ceneo i wystaw go drożej na Allegro (bo ludzie są leniwi i nie chce im się szukać – więc ktoś na pewno go kupi). Kupuj i sprzedawaj w ten sposób luksusowe przedmioty, bo na nich są największe prowizje
  • Pośrednictwo  i łączenie kontaktów – wystarczy, że znajdziesz gdzieś osobę, potrzebującą usługi i kogoś, kto takie usługi realizuje. Przykład: znajdź osobę (musi być bogata!), która chce wybudować dom i projektanta, który projektuje domy dla bogatych. Wystarczy ich połączyć i zgarnąć super prowizję – najlepiej znaleźć bogacza ze Stanów, bo oni mają dużo pieniędzy i budują duże domy.
  • Możesz kupić stary samochód, wyremontować go i odsprzedać z zyskiem – banalnie proste, trzeba tylko zaopatrzyć się w warsztat, narzędzia i doświadczenie w remoncie samochodów.
  • Jeżeli nie samochód, to możesz znaleźć stare meble, wyremontować je i sprzedać z zyskiem – wystarczy się tylko dowiedzieć jak się renowuje stare meble.
  • (HIT!) Wynajem mieszkania – znajdź dobrą pracę na etacie, zbuduj zdolność kredytową, dokładają przez kilka miesięcy na wkład własny, weź kredyt, kup mieszkanie, a potem je wynajmuj i spłacaj z tego kredyt – to jest tak proste, że aż dziwne, że nikt na to nie wpadł.

Ja nie twierdzę, że to są złe pomysły i nie da się prowadzić biznesu w ten sposób – ale mówienie, że to sposoby, które są szybkie i proste do wdrożenia są sporym nadużyciem.

Kosmicznie ogólnoprosta otoczka budowania sukcesu

Oprócz porad dotyczących dochodzenia do legendarnych milionów, nie możemy zapomnieć o otoczce działań wizerunkowych i sposobie komunikacji, wzmacniających przekaz sukcesu. Czyli to w jaki sposób osiągnięty już sukces i efekty klientów są przedstawiane – w postach, filmach, artykułach, nagraniach.

A daleko im do konkretności i twardych danych.

Takie działania pozorujące mogą przybrać różnoraką postać: przedstawianie obrotu zamiast dochodu, fragmentaryczne prezentowanie reklam, sponsorowane artykuły w branżowych portalach, artykuły imitujące wywiady, które napisał sam autor (tak, są takie kwiatki, ktoś napisał wywiad sam ze sobą i potem się nim chwali), opinie znajomych i rodziny przedstawianych jako klienci, prezentowanie liczb i wyników bez podstaw, punktów odniesienia, porównań lub w postaci ogólników, prezentowanie fragmentów tabelek reklamowych z wyciętymi, kluczowymi, fragmentami. Albo miks tych elementów.

Czyli nawet jeżeli otrzymujemy dostęp do jakiś danych, to są one twarde jeno z pozoru – są przedstawiane w sposób fragmentaryczny, wyrwany z kontekstu i nie wyjaśniają absolutnie nic.

Podam jeden przykład, o którym mówiłem już w podcaście 33 o tym jak wybrać dobry kurs online:

Jeżeli autor, twierdzi, ze jego klienci zwiększyli zyski o 400% to rodzi się od razu multum pytań: jak, kiedy, co jest podstawą, to są procenty czy punkty procentowe? Ilu tych klientów, z jakim kapitałem startowali? W jakim okresie jest ten wzrost? Miesięcznie, tygodniowo, rocznie, kwartalnie? Jak klienci dostarczyli daty? Jest jednorazowy czy regularny? Jak są policzone te procenty? To średnia, suma? Jak zbiera od nich dane – pisze do nich wiadomości, monitoruje ich systemy sprzedaży?

Znowuż – ja nie neguję tego, że autor faktycznie zarobił czy wygenerował ze sprzedaży miliony. Że wiedzie beztroskie życie milionera, żyje za granicą, wyleguje się na plaży i zna się na swojej robocie. Ale forma w jaki sposób to robi, sprawia, że trudno nań patrzeć jako na osobę wiarygodną.

Jeżeli ferujesz liczbami – weź za te dane odpowiedzialność.

5. Pycha, która kroczy przed upadkiem

Kiepski to król, który tak dworowi jak i poddanym musi przypominać głośno i regularnie, że jest królem.

W kreskówce mojego życia, czyli Kapitanie Bombie, w odcinku Kolorowy Alarm, pada jeden z setki legendarnych cytatów. Dowiemy się z niego, że tylko ciecie wymyślają ksywki dla siebie. Być może pamiętasz ze szkoły, że zaiste tak było – wymyślenie ksywki samemu sobie, było jednym z najgorszych stadiów społecznego upadku.

Podobnie jest z samo tytularnymi „milionerami”, „mistrzami sprzedaży”, „uniwersytetami milionerów”, „najlepszymi marketerami w Polsce”, „królami reklamy na Facebooku”, którzy tworzą pseudo profesjonalne potworki w nazwach profili czy dopiskach do imion i nazwisk. A do tego motywacyjne obrazki, w których… cytują samych siebie. Żeby jeszcze te określenia nie były tworzone na wyrost…. Dla mnie to działanie jest odwrotne od zamierzonego – raczej sygnalizuje poważne problemy z ego, maskuje niedociągnięcia i braki, niż wzmacnia profesjonalny przekaz i zachęca do kontaktu.

Górnolotnie mówiąc, lepiej by w wielu aspektach życia, świadczyły o nas czyny, nie słowa. Czyż dla twórcy nie jest największą gratyfikacją sytuacja,  w której odbiorcy, klienci, grupa docelowa, wiedzą kim jest, dzięki imieniu i nazwisku i  zbudowanej wytrwale marce osobistej? Chyba to lepsze niż katowanie żenującym pseudonimem w profilu lub epatowanie słowem „milioner” w każdym poście?

Gloryfikowanie samego siebie przerysowanymi, wymyślonymi przez siebie (!) określeniami, to jak nagranie amatorskiego filmu porno, na którym się onanizujesz, po to, by się potem do tego filmu onanizować.

6. Historia to kloaka dla przegranych

Jeżeli masz wyrzuty sumienia, bo od lat mozolnie rozwijasz i prowadzisz firmę i choć utrzymujesz się na powierzchni, nie odnosisz takich sukcesów, o jakich możesz przeczytać w internetach i daleko Ci do modelu życia dziwki, koks, tajski boks to mam dla Ciebie dobrą wiadomość. Jest nas przynajmniej dwóch / dwoje! A we dwójkę zawsze raźniej.

Też tak mam. Też się zadręczam, męczę i jak to się kiedyś mówiło „rozkminiam”. Nader często. W sumie to jest pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy w związku z prowadzeniem firmy. Ale z takimi czarnymi myślami trzeba sobie radzić.

Jak?

Gdy mnie dopadają wątpliwości co do słuszności obranej ścieżki, gdy widzę, że komuś w pokrewnej branży idzie dużo lepiej, że zarabia lepiej, ma lepszy produkt, lepszą usługę – słowem, jest w miejscu, do którego zawsze aspirowałem i nie wiem czy do kiedykolwiek dotrę, to daję sobie sążnistego pstryczka w nos. I nie chodzi tu o zazdrość, czy złorzeczenie w stylu psa ogrodnika (bo jemu idzie, a mi nie). I nie chodzi też o pisanie negatywnych komentarzy, szukaniu błędów w tym co zrobił, czy donos do urzędu skarbowego.

Takim sążnistym pstryczkiem w nos jest dla mnie impuls, myśl, by pamiętać, że w kwestii inspiracji i historii biznesowych, internet jest medialną bańką, w której dominuje tylko i wyłącznie narracja sukcesu (abstrahując od historii typu Optimus). I to sukcesu spektakularnego,  innowacyjnego.  Nie usłyszysz też o biznesach, które idą jako tako, rozwijają się powoli, latami, konsekwentnie, bez błysku. To są tematy niemedialne, niemodne, o nich się nie mówi. Nie usłyszysz też o porażkach – mimo, że jest ich zdecydowanie więcej, niż sukcesów właśnie. Historia przedsiębiorczości to historia błędów i porażek.

Oprócz tego – pamiętaj, że czytając historie sukcesu, nigdy nie dotkniesz obiektywnej całości. Pewnie w każdej z nich jest sporo przemilczanych, niewygodnych, trudnych, wstydliwych wątków. Nawet jeżeli ktoś mówi o przeciwnościach, które musiał pokonać, nie masz pewności, czy aby odsłonił przed Tobą wszystkie popełnione błędy. Czy podzielił się wszystkimi trudnymi decyzjami jakie musiał podjąć. I nie musi robić tego z premedytacji, czy kłamać celowo. Może chodzić o zwykły, ludzki, wstyd. I jest to najnaturalniejsza rzecz na świecie, za którą nie wolno nikogo winić.

Janusz Korwin-Mikke kiedyś powiedział, że ludzie nie lubią paraolimpiady, bo nie chcą oglądać okaleczonych ciał. Oczywiście powiedział to w typowy dla siebie sposób, radykalizując postawę i obrażając kogo tylko się dało.

Słowa wywołały powszechne oburzenie, mimo, że puste trybuny, cisza medialna i statystyki obejrzeń występów paraolimpijczyków zdały się potwierdzać jego słowa.

Z porażkami i błędami i jest podobnie – tymi prawdziwymi, bolesnymi, dotkliwymi nie chcemy się chwalić. Chodzi mi o takie takie porażki, które wpędzają nas długi, powodują problemy rodzinne, zmuszają do powrotu na etat, do pożegnania się z planami i marzeniami. Obnażają nieudolność i naiwność. Pokazują, że nasz produkt, usługa, nie sprawdzają się tak jak sobie założyliśmy. Że niewiele osób chce za nie zapłacić. Gorycz takich dotkliwych porażek wolimy przeżywać w samotności.

A jeżeli w internecie jeżeli pojawiają się historie biznesowych porażek, to zwykle są przedstawiane w pozytywnym aspekcie – jako forma trampoliny, która przetarła szlak, otworzyła oczy, uzmysłowiła błędy i pozwoliła wskoczyć na dużo wyższy poziom. Porażka zwykle bywa czymś pozytywnym.

Z jednej strony – spoko – bo takie historie inspirują i napędzają do działania. Z drugiej – niespoko, bo taki obraz fałszuje rzeczywistość i wpędza w kompleksy. Bo skoro wszystkim dookoła się udaje, co więcej, odnoszą naprawdę spektakularne sukcesu, to chyba ze mną jest coś nie tak?

A historia, mała, wielka, ma gdzieś przegranych. Nie przeczytam, nie usłyszę o nieudanych projektach, o startupach które nie wypaliły, o firmach i ich właścicielach, którzy wegetują, wpadają w długi, zamykają firmy. Nie usłyszę o ludziach, którzy prowadzą biznes od lat, ale nie wiedzą, po co, dlaczego to robią. Nie widzą w tym celu i sensu. Nienawidzą siebie i swojej firmy. Nie widzą dla siebie innej drogi, mimo, że ich życie to katorga.

I nie piszę tego, by z nich szydzić, czy stawiać się jako „ten lepszy”.

Gdy otaczają mnie historie kipiące sukcesem, staram się o tym pamiętać. Po to, by doceniać to co już sam mam. Że nie mam powodów, żeby narzekać: mogę sobie wyjechać na parę dni kiedy mam ochotę, mogę sobie zrobić tydzień przerwy od firmy i grać w Heroes 3, mogę wstawać o 12:00 kiedy chcę się wyspać. Nie muszę panikować, gdy dopadają mnie niespodziewane, duże wydatki. Pamiętam o tym, że jest pewnie sporo osób, dla których to co obecnie robię, to byłaby praca / firma marzeń.

Czy irytuję się, że wszystko rozwija mi się za wolno? Tak. Ale jednocześnie muszę stwierdzić, że nie jest źle. Mogłoby by być lepiej, ale nie jest źle. Po 8 latach, w końcu się ocknąłem i powoli, konsekwentnie udaje mi się realizować to, co kiedyś sobie założyłem. Nie jest to jakoś dużo, pewnie, człowiek chciałby więcej, ale tak naprawdę nie mam powodów do narzekań. I jestem przekonany, że u Ciebie, jeżeli spojrzysz na to co robisz nieco z boku, jest podobnie.

7. Tania gra na emocjach

Choć już poruszałem ten aspekt wcześniej w podcaście o tym jak wybrać dobre szkolenie online, wydaje mi go w tym miejscu podkreślić jeszcze raz. Trzeba być sceptycznym, gdy przekaz sączący się z monitora czy ekranu jest obliczony na wywołanie u odbiorcy wyłącznie emocji.

Emocje w wypowiedziach, tekstach, artykułach, materiałach reklamowych nie są złe – pomagają podkreślić ważne elementy, wpływają na oryginalność przekazu i autora, pomagają zrozumieć ważne aspekty.

Trzeba jednak dawkować je z umiarem, a nie czynić z nich głównego znaku rozpoznawczego i esencji przekazu.

Jeżeli jedynym celem autora / milionera – jest nie merytoryka, ale wywołanie emocji, budowanie braterstwa dusz, wpędzenie w strach, to jest to dla mnie czytelny sygnał, że raczej merytoryka kuleje, a nachalny, często rozkrzyczany przekaz ma przykryć jej braki. Bądź prezentowane treści są na tyle oczywiste, że gdyby z tych emocji je obedrzeć straciłby cały swój rewolucyjny urok i można by je włożyć do szufladki: już to milion razy słyszłem, nic odkrywczego.

Taka emocjonalna pułapka, nie musi się opierać o przeklinanie czy obrażanie odbiorcy (choć to jeden z najpospolitszych chwytów), może to być egzaltowany ton, poza mentora i bogacza (jeżeli chcesz dojść do czegoś jak ja), podniosła atmosfera (wyrażająca się w muzyce i artykulacji) , budowanie poczucia zagrożenia (cały świat jest skierowany przeciwko Tobie) lub braterstwa dusz (tylko kobieta zrozumie biznes prowadzony przez kobiety).

To tanie chwyty retoryczne, sprawiające, że odbiorca nie zwraca uwagi na faktyczną treść przekazu, lecz jest „pompowany” i wpada w określony stan psychiczny. I ten stan determinuje odbiór materiałów.

Nie mówię, że solidny przekaz ma być nudny czy pozbawiony emocji. Ważne jednakże, by odpowiednie proporcje były zachowane.

Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje.

infografika - ostrzeżenie na co warto uważać przy milionerowych celebrytach
Te sygnały powinny zapalić lampkę ostrzegawczą!

I jeszcze na koniec… 

Na koniec kilka przemyśleń, które być może podsumują całość. Nie dotyczą one tylko internetowych milionerów, ale są takimi ogólnymi poradami, o których warto pamiętać, gdy (czasem z zazdrością) patrzymy na to jak inni rozwijają swoje firmy.

1. Nie ma uniwersalnego, najlepszego biznesu na świecie 

Nie ma uniwersalnej ścieżki robienia najlepszego biznesu. Tak jak nie ma najlepszych biznesów. Każdy musi podążać swoją drogą, każdy musi wymyślić swoją koncepcję firmy. Jedna osoba świetnie sprawdzi się w mikrodziałalności, gdzie będzie skupiać się na świadczeniu usług niewielkiemu gronu klientów, inna zaś będzie dążyła do stworzenia potężnej korporacji i podejmowaniu strategicznych decyzji.  Nie ma co tego waloryzować, określać kto jest lepszy. Każda forma działalności, która zarabia, która daje wartość klientom jest potrzebna. Bo jak określić, kto jest lepszym przedsiębiorcą? Musk, Bezos, Szafrański, Filipiak, Brzózka, Aniserowicz, Solorz, Pani Magda, o której kupuję warzywa? Każdy wymyślił i dostarczył produkt / usługę, na którą było zapotrzebowanie na rynku.

2. Niektórzy są lepsi. Po prostu. 

Do biznesu trzeba mieć dryg, jak do każdej innej czynności. Są lepsi i gorsi przedsiębiorcy. Z prowadzeniem firmy jest trochę jak z grą w piłkę w szkole – są osoby, które wykazują ku temu predyspozycje i piłka „lepi” im się do nogi / ręki bez względu na dyscyplinę, jak i takie, które po prostu muszą ciężko trenować. Niektórzy mają „flow” do prowadzenia firmy, część rzeczy i pomysłów im przychodzi łatwo, a inni muszą pracować ciężej.

To nie jest tak, że wszyscy startujemy z tego samego poziomu. Świat jest niesprawiedliwy pod wieloma względami. I tu niczym się różni.

To, że niektórzy są lepsi i rozwijają może wynikać z wielu czynników: charakteru, doświadczenia, otoczenia, psychicznych predyspozycji, wychowania, wzorców, znajomych, podejścia rodziców, odrobiny szczęścia. Choć oczywiście zawsze za końcowymi efektami stoi ciężka i wytrwała praca.

3. Nie warto ślepo kopiować rozwiązań od innych

Po trzecie: nawet jeżeli ktoś jest rzetelny, uczciwy i transparentny, to, że ktoś podąża jakąś ścieżką, i ścieżka ta u niego bombowo zadziałała, nie oznacza, że to tak sam spełni się u Ciebie. Nie ma co ślepo kopiować rozwiązań od kogoś, komu dobrze się powodzi w tym co Ty też chcesz robić, bo o tym dlaczego coś działa mogły decydować tysiące czynników.

Mogą to być:

  • Rodzaj sprzedawanego produktu lub usługi (i to jest jedna z kluczowych rzeczy – jeżeli nie masz dobrze przygotowanego produktu lub usługi, to nie sprzedasz jej używając nawet najlepszego produktu sprzedażowego. Druga sprawa jest taka, że nawet jeżeli masz super przemyślany i przygotowany produkt / usługę i skorzystasz z dobrze przygotowanego modelu sprzedaży, który zadziałał przy innym produkcie – nie jest powiedziane, że tak samo się stanie u Ciebie)
  • Moment, w którym wystartował biznes (sprzyjające okoliczności, koniunktura, zapotrzebowanie na rynku)
  • Możliwości kredytowe (i kapitał jaki został zainwestowany w biznes)
  • Sytuacja rodzinna (inaczej pracuje się osobie z dzieckiem, a inaczej singlowi, inaczje osobie, która musi się opiekować chorą babcią)
  • Wsparcie mentalne i finansowe najbliższych (gdy rodzina / przyjaciele przejęli część prywatno/rodzinnych obowiązków, by autor mógł się skupić na rozwoju produktu, być może również rodzina pomogła w finansowaniu działań)
  • Zgromadzony wcześniej kapitał (łatwiej się podejmuje ryzykowne działania, gdy mamy finansowe zabezpieczenie na koncie)
  • Zbudowana wcześniej marka i pozycja na rynku (jeżeli ktoś ma już ugruntowaną pozycję i jest znany w jakiejś grupie docelowej, łatwiej mu wystartować z nowym pomysłem)
  • Zbudowana wcześniej baza klientów
  • Stworzony i sprawdzony zespół
  • Cechy charakteru (przebojowość, pewność siebie)
  • Problemy psychiczne (podobno zdrowi są tylko nieprzebadani) więc jeżeli na jakimś polu społecznym jesteś emocjonalnie upośledzony / upośledzona – będzie Ci trudniej
  • Potrzeby prywatne i emocjonalne (gdy założenie firmy ma służyć innym celom i zaspokajać inne potrzeby – dla niektórych to będzie rozwój i osiąganie nowych celów, dla innych pieniądze)
  • Znajomości i koligacje (nie tylko rodzinne, ale też wspólnicy, kontakty w branży, baza znajomych )
  • Baza startowa (gdy ktoś jeden biznes zbudował w oparciu o inny)
  • I wiele, wiele innych, ważnych i błahych czynników…

Nie chodzi o to, że powyższe czynniki są złe. Są… neutralne. Nie można ich waloryzować pod względem etyki czy moralności.

Można je uznać za niesprawiedliwe, ale tak jest skonstruowany świat. Składa się z niesprawiedliwości i nierówności. A ja chcę pokazać, że nie ma dwóch takich samych sytuacji i nie startujemy w laboratoryjnie identycznych warunkach co inni przedsiębiorcy (mimo, że autorzy kursów będą starali się o tym nas przekonać).

4. Widząc super efekty, widzisz tylko jedną stronę medalu 

Po czwarte: pamiętaj, że patrząc na sukces innych widzimy tylko końcowe efekty, jasną stronę mocy. Nie widzimy całej drogi dojścia do tych efektów, problemów, wątpliwości i przeszkód z jakimi ten, którego podziwiamy, musiał się zmierzyć. Nie wiemy nic o ilości i trudności wyzwań z jakim ten przedsiębiorca musiał się zmierzyć. Nie wiemy nic o rzeczywistych (czyli tych, które zostawi dla siebie, a nie chwali się w wywiadach) czasowych, finansowych i prywatnych (takich jak relacje z rodziną czy przyjaciółmi). Nie wiemy co taka osoba musiała poświęcić, z czego zrezygnować.

Efekt końcowy, który wydaje się szalenie atrakcyjny, mógł być okupiony olbrzymimi wyrzeczeniami, które niekoniecznie chcielibyśmy ponieść w równym stopniu.

Kiedy innym idzie lepiej, nie ma co się o to złościć, zazdrościć, ani złorzeczyć. Owszem jest to niesprawiedliwe, ale tak już jest skonstruowany świat. Trzeba uzbroić się w cierpliwość, stawać lepszym, reagować na zmiany i konsekwentnie, wytrwale i cierpliwie robić swoje. Nikt, póki co, lepszej ścieżki nie wymyślił.

5. A co jeżeli ten ktoś chce mnie oszukać? 

Uważasz, że ludzie są dobrzy czy źli?

Ja zdecydowanie jestem zwolennikiem tej drugiej opcji: uważam, że ludzkość jest przereklamowana, do szpiku kości zła, zawistna i zepsuta. I czasem, rzadko,  zdarzają się nieliczne, chlubne wyjątki. Dlatego też, preferuję (co i Tobie polecam) zasadę ograniczonego zaufania: z góry zakładam, że ktoś kogo nie znam, a kto oferuje mi w internecie rozwojowy produkt (zwłaszcza książkę, kurs, szkolenie), chce mnie oszukać.

Pisząc wprost – żeby zarobić, ludzie mogą Cię perfidnie okłamywać: co do wysokości swoich zarobków, doświadczenia, sukcesów, rozwijanych produktów i usług. Drobne potyczki będą przedstawiać jako epickie batalie. Przeciętne wyniki, jako niebotyczne osiągnięcia. Będą zawyżać zyski, pomijając koszty lub przedstawiając liczby tak, by wydawały się wysokie. Zapomną wspomnieć o tym, że startowali od zera, ale poprzednie trzy nieudane biznesy sfinansowali z pieniędzy rodziców i na ten konkretny też udało się wyszarpać bezzwrotną pożyczkę.

A wszystko to tylko po to, by wyciągnąć od Ciebie pieniądze. I tak naprawdę prawdziwe pieniądze zaczną zarabiać, gdy inni nabiorą się na tę piękną bajkę.

Taki ktoś może również cynicznie przemilczeć niewygodne fakty , które zaburzają narrację szkolenia (dotyczące finansowego zaplecza lub pomocy innych osób, by utrzymać i rozkręcić przedsięwzięcie).

I dlatego zanim zdecyduję się mu zaufać, muszę nieco głębiej poszperać i zweryfikować to na ile jest wiarygodną osobą. Czego efektem jest ten podcast i podcast nr 33 – jak wybrać dobre szkolenie w internecie.

Warto o tym pamiętać, zwłaszcza, gdy jesteś osobą, która rzetelnie podchodzi do swoich obowiązków zawodowych i nie mieści Ci się w głowie, jak ktoś może celowo i z pełną premedytacją oszukiwać innych. Bywają osoby, które bezpardonowo wykorzystają Twoją naiwność, dobre serce i z bez ceregieli wcisną Ci gówniany produkt, tylko opakowany w ładne pudełko.

6. Drogie rzeczy i styl życia nie zawsze oznaczają finansową dojrzałość

Może to zabrzmieć jak tłumaczenie biedaka, ale to, że ktoś otacza się drogimi rzeczami – nie zawsze oznacza, że doskonale mu się wiedzie. Ludzie są w stanie bardzo dużo poświęcić by stwarzać pozory. U Michała Szafrańskiego i Marcina Iwucia było sporo historii ludzi, którzy zarabiali po 15 000 zł / miesięcznie i nic z tego nie byli w stanie odłożyć. Więcej – tonęli w długach i zaciągniętych kredytach – ale nie potrafili zrezygnować z poziomu życia, do jakiego przywykli.

Pamiętaj o tym drugim dnie i nie wpadaj w kompleksy, że Tobie jeszcze się nie udało, że nie masz super samochodu, albo dwumiesięcznych wakacji na Bali. Wszystko w swoim czasie :)

Infografika, taka, żeby się nie zamartwiać jak czasem na coś nie idzie w biznesie.
Kiedy jest Ci źle, bo dopada depresja Cię, bo biznes wolno rozwija się – tymi rzeczami pociesz się!

A gdzie znaleźć dobre historie przedsiębiorców?

A jeżeli szukasz naprawdę rzetelnych, opartych o liczby, fakty i weryfikowalne dane inspirujących historii przedsiębiorców, to sprawdź te źródła:

  • Goście podcastu Mała Wielka Firma – Marek Jankowski to król polskich, biznesowych podcastów. Przepytał sporo ciekawych osób, które prowadzą biznes w sieci i zarabiają niebagatelne sumy. Na tej stronie znajdziesz listę jego gości.
  • Przygody Przedsiębiorców – bardzo dynamicznie rozwijający się kanał na YouTube zawierający między innymi wywiady z przedsiębiorcami. Ogrom inspirujących materiałów i treści od ludzi, którzy faktycznie wiedzą jak się robi biznes i prowadzą solidne firmy.
  • Wywiad Mirosława Burneiki z Maciejem Aniserowiczem – Maciek Aniserowicz to gość, który zarobił miliony w internecie na sprzedaży kursów programowania. Polecam ten bardzo dobry wywiad – jeżeli chcesz zobaczyć, jak wygląda zarabianie milionów „od zaplecza”. Okazuje się, że wcale nie jest tak kolorowo jak mogłoby się wydawać, a całość wymagała dużo zaparcia i tytanicznego wysiłku. To jeden z lepszych wywiadów jakie miałem okazję przesłuchać i zrobił na mnie duże wrażenie. Polecam.
  • Zaufanie czyli waluta przyszłości Michała Szafrańskiego to podcast nr 02, do którego linkuję nader często dlatego, że opowiadam w nim o najważniejszej, biznesowej książce jaką przeczytałem. Jeżeli chcesz zobaczyć jak wygląda droga do zarabiania milionów na blogu oparta o bardzo dobre produkty i ultra uczciwe podejście do klientów – lektura obowiązkowa!
  • Jak wybrać dobre szkolenie w Internecie | PODCAST 33 – podcast, który stał się podstawową do nagrania tego odcinka. Jeżeli trafisz na jakiegoś internetowego milonera i nie wiesz, czy warto mu zaufać i kupić od niego produkt – tu znajdziesz kilka spostrzeżeń, które pomogą Ci wyrobić sobie odpowiednie zdanie.

Pobierz podcast w mp3:

Pobierz odcinek 45 Podcastu

Gdzie słuchać moich podcastów?

Gdzie znajdziesz więcej materiałów z Sardynek?

Zostaw komentarz! 

A Ty jak podchodzisz do obietnic zarabiania milionów w internecie? Masz jakieś polecone osoby / kursy / książki, które warto zarekomendować? Masz doświadczenia z podobnymi tematami? Jakiś kurs Ci wyjątkowo „siadł”, albo okazał się porażką? A może dzięki takim kursom już zarabiasz miliony? Pisz w komentarzu!

Podobał Ci się ten artykuł?

Zapisz się do newslettera, otrzymuj informacje o nowych artykułach, odbierz dostęp do ponad 60 wzorów dokumentów, szablonów, grafik i Exceli.

Zostaw komentarz
Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Kazek
Kazek
8 miesięcy temu

dodasz opcję przyspieszania podcastu?

Kazek
Kazek
7 miesięcy temu
Reply to  Radek Klimek

ok.

Cześć jestem Radek i witam Cię na blogu SardynkiBiznesu.pl! Znajdziesz tu artykuły poświęcone najważniejszym zagadnieniom związanym z prowadzeniem małej firmy: marketing, prawo, księgowość, public relations, zarządzanie i IT. Mamy nadzieję, że dzięki nam oszczędzisz dużo nerwów, czasu i pieniędzy, a prowadzenie biznesu stanie się prostsze. Więcej

Pobierz bezpłatne Excele, wzory dokumentów i makiety grafik

W Strefie Sardynek znajdziesz ponad 60 wzorów plików, dokumentów i grafik które ułatwią Ci prowadzenie biznesu. Znajdziesz tu wzory dokumentów wraz z instrukcjami i przykładami. Wezwania do zapłaty, dokumenty sądowe dotyczące odzyskania pieniędzy, najbardziej potrzebne dokumenty pracownicze. Oprócz tego kalkulatory EXCEL liczenia kosztów, wyceny usług, stawek godzinowych oraz gotowe makiety graficzne dla portali społecznościowych (Facebook, Instagram, LinkedIn i inne).

Zapisz się na KursoWyzwanie Proste nawyki efektywnej pracy z komputerem.

Darmowe KursoWyzwanie, dedykowane dla osób, które dziennie spędzają minimum kilka godzin pracując przy komputerze. Jeżeli chcesz skupić się na pracy przy komputerze, przestać rozpraszać, zaplanować i zrealizować plan dnia, przestać odkładać zadania na później, pracować szybciej, wydajniej, efektywniej – to wskakuj na pokład!

Dołącz do KursoWyzwania!

Wypełnij formularz: